Dzisiaj chciałabym napisać Wam o czymś, o czym słyszałam już dawno temu, ale dopiero dzisiaj uświadomiłam sobie, że powinnam zacząć wprowadzać to w życie. Zainspirowana wpisem Ani z bloga Ania maluje postanowiłam nazwać miesiąc styczeń miesiącem zjadania żab.
Nie mam tu na myśli kuchni francuskiej, z resztą moi znajomi śmieją się, że żaba to chyba jedno z nielicznych dań, których nie wzięłabym do ust. W sumie mają rację - sama kiedyś stwierdziłam, że nie mam zamiaru jeść tego, co preparuję i na czym ćwiczę na zajęciach, a żaba jest jednym ze zwierząt, z którymi miałam przyjemność współpracować podczas swoich studiów.
Mianowicie stwierdzenie "zjedz żabę" oznacza zrobienie trudnej rzeczy, za którą nie możemy się zabrać przez dłuższy czas, od razu.
W zeszłym tygodniu opisywałam Wam swój tydzień. Zrobiłam dużo, ale były to rzeczy, których potrzebowałam na bieżąco. Nie zamknęłam w tym czasie ani jednej sprawy, która ciąży nade mną od dłuższego czasu. Nie zjadłam ani jednej żaby.
Założę się, że każdy z nas ma kilka żab, które nie chcą przejść przez gardło. Sama mam ich kilkanaście. Z tego powodu często czuję się nieporadna. Ale postanowiłam, że nie będzie tak więcej. W styczniu mam więc zamiar zjeść wszystkie żaby. Na pierwszy ogień pójdzie dokończenie pozwu i złożenie go do sądu, bo jest to rzecz, która ciąży nade mną najdłużej.
Następne w kolejce będzie zrobienie zaległych notatek z wszystkich przedmiotów i zaliczenie kilku przedmiotów, za które nie mogłam się zabrać w grudniu. Pod koniec miesiąca powiem Wam, jak poszło zjadanie moich żab. Kto je ze mną?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cele. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cele. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, stycznia 14
niedziela, grudnia 30
Kilka słów o noworocznych postanowieniach
Przed nami gorący okres noworocznych postanowień. Mnie samej też nie raz zdarzyło się zapomnieć o swoich postanowieniach, bądź postawić przed sobą cel, który był nieosiągalny. To powodowało we mnie tylko frustrację i niechęć do dalszych działań.
W tym roku postanowiłam, że każde swoje noworoczne postanowienie będę traktować jak konkretny projekt do zrealizowania, co oznacza, że każde z tych postanowień dzielimy na podzadania, które mamy wykonać w określonym czasie. Ale nie robię szczegółowych planów dziennych - wręcz przeciwnie - ustalam dead line dla każdego z zadań i staram się wyrobić w czasie pamiętając, że każdy wysiłek, którego się podejmę by doprowadzić zadanie do końca, zbliża mnie do osiągnięcia wymarzonego celu.
Jak wspominałam w poprzednim poście - w 2012 roku udało mi się zrealizować niewiele rzeczy, ale o bardzo dużym znaczeniu dla mnie. Spełniło się też jedno moje marzenie - po raz pierwszy w życiu, po 22 latach nie posiadania choćby własnego kącika w domu, mam własny pokój!
JA:
Rok 2012 był dla mnie jednak rokiem, w którym ciągle oglądałam się za siebie. Nie z powodu strachu - żeby mnie wystraszyć potrzeba naprawdę wiele, ale z powodu innych. W zasadzie patrzę za siebie od kiedy pamiętam. Kocham swoją rodzinę i partnera, ale naprawdę mam już dość podporządkowywania decyzji pod plany innych. Dlatego Nowy Rok będzie moim rokiem. Wreszcie dojrzałam do tego, by być zdrową egoistką. Postanowiłam, że na decyzje, jakie będę podejmować nie będzie wpływać moja rodzina, ani plany mojej matki.
W tym roku dwa razy prawie popełniłam ogromny błąd - prawie nie wyjechałam na praktyki, o które długo walczyłam, bo psuły mojej matce wizję jej wakacji i byłam o krok od postanowienia o nieaplikowaniu na drugi kierunek, bo mojej mamie nie podobała się wizja mnie studiującej dwa kierunki. Na szczęście w porę uświadomiłam sobie jaki błąd bym popełniła, gdybym nie spróbowała czy nie pojechała. Dlatego postanowiłam, że teraz czas na mnie.
STUDIA / SAMOREALIZACJA:
Ten rok będzie rokiem wiedzy. W planach, które zrobiłam, mam zaliczenie obu sesji w pierwszych terminach, dostanie stypendium na jednym z kierunków, zorganizowanie dla siebie badań naukowych, co pozwoli mi wyjechać na jedną lub dwie konferencje naukowe.
W głowie mam także plan umocnienia swoich stref eksperckich i pracę nad pewnością siebie, ale także zrobienie prawa jazdy, naukę francuskiego, angielskiego i rosyjskiego, o której już totalnie zapomniałam.
Mam zamiar się także nagradzać za pozytywnie zrealizowane projekty. Kiedyś przeczytałam, że bez nagród łatwo wejść w rytm praca-praca-praca, który wyniszcza i prowadzi do frustracji i zgadzam sie z tym w 100%.
NAWYKI I ZMIANY:
W tym roku postanowiłam, że każde swoje noworoczne postanowienie będę traktować jak konkretny projekt do zrealizowania, co oznacza, że każde z tych postanowień dzielimy na podzadania, które mamy wykonać w określonym czasie. Ale nie robię szczegółowych planów dziennych - wręcz przeciwnie - ustalam dead line dla każdego z zadań i staram się wyrobić w czasie pamiętając, że każdy wysiłek, którego się podejmę by doprowadzić zadanie do końca, zbliża mnie do osiągnięcia wymarzonego celu.
Jak wspominałam w poprzednim poście - w 2012 roku udało mi się zrealizować niewiele rzeczy, ale o bardzo dużym znaczeniu dla mnie. Spełniło się też jedno moje marzenie - po raz pierwszy w życiu, po 22 latach nie posiadania choćby własnego kącika w domu, mam własny pokój!
JA:
Rok 2012 był dla mnie jednak rokiem, w którym ciągle oglądałam się za siebie. Nie z powodu strachu - żeby mnie wystraszyć potrzeba naprawdę wiele, ale z powodu innych. W zasadzie patrzę za siebie od kiedy pamiętam. Kocham swoją rodzinę i partnera, ale naprawdę mam już dość podporządkowywania decyzji pod plany innych. Dlatego Nowy Rok będzie moim rokiem. Wreszcie dojrzałam do tego, by być zdrową egoistką. Postanowiłam, że na decyzje, jakie będę podejmować nie będzie wpływać moja rodzina, ani plany mojej matki.
W tym roku dwa razy prawie popełniłam ogromny błąd - prawie nie wyjechałam na praktyki, o które długo walczyłam, bo psuły mojej matce wizję jej wakacji i byłam o krok od postanowienia o nieaplikowaniu na drugi kierunek, bo mojej mamie nie podobała się wizja mnie studiującej dwa kierunki. Na szczęście w porę uświadomiłam sobie jaki błąd bym popełniła, gdybym nie spróbowała czy nie pojechała. Dlatego postanowiłam, że teraz czas na mnie.
STUDIA / SAMOREALIZACJA:
Ten rok będzie rokiem wiedzy. W planach, które zrobiłam, mam zaliczenie obu sesji w pierwszych terminach, dostanie stypendium na jednym z kierunków, zorganizowanie dla siebie badań naukowych, co pozwoli mi wyjechać na jedną lub dwie konferencje naukowe.
W głowie mam także plan umocnienia swoich stref eksperckich i pracę nad pewnością siebie, ale także zrobienie prawa jazdy, naukę francuskiego, angielskiego i rosyjskiego, o której już totalnie zapomniałam.
Mam zamiar się także nagradzać za pozytywnie zrealizowane projekty. Kiedyś przeczytałam, że bez nagród łatwo wejść w rytm praca-praca-praca, który wyniszcza i prowadzi do frustracji i zgadzam sie z tym w 100%.
NAWYKI I ZMIANY:
W roku 2013 będę starała się robić wszystko, aby każdego dnia, bez względu na sytuację, zbliżać się w stronę osiągnięcia swoich marzeń i celów. Chcę, aby każdy dzień stał się efektywny nawet, jeżeli nie będę w najlepszej formie. Przemiany,które zaplanowałam na ten rok dotyczą moich planów dnia, wizji nauki, organizacji czasu i wcześniejszego wstawania.
PASJA:
Prawie cały 2012 rok nie myślałam nawet o słowie pasja. Zapomniałam o tym, czym jest pasja, jakie pasje miałam kiedyś. Przez nawał pracy i (jak w punkcie pierwszym) zajmowanie się problemami innych. Dlatego postanowiłam, że ten rok będzie pełen pasji. Chcę wrócić do tego, co naprawdę lubię i co sprawia mi największą przyjemność (poza nauką i pracami w laboratorium, ale z tym nie da się już nic zrobić, pracoholizmu nie wyleczę). Mam więc zamiar skupić się na kilku rzeczach, które uważam za swoje pasje.
- sport - uwielbiam sport! Co prawda nie startuję w zawodach i nie jestem w żadnej sekcji uczelnianej, ale siłownia i zajęcia fitness przynoszą mi naprawdę dużą radość. Niestety, od marca nie byłam na siłowni, a moje starania ćwiczenia w domu spełzły na niczym, bo w domu ćwiczyłam może 6 razy w ciągu ostatnich 8 miesięcy. Czas na nowo rozruszać mięśnie i dlatego od nowego roku mam zamiar chodzić na siłownię chociaż 2 razy w tygodniu. Mam też zamiar 2 razy w tygodniu ćwiczyć w domu. I zamierzam znów wrócić do ćwiczenia jogi - uwielbiam te relaksująco-rozciągające ćwiczenia. Z powrotem do ćwiczenia jogi wiąże się też chęć nauczenia się zrobienia szpagatu.
- książki - Czytanie kochałam zawsze. Od kiedy pamiętam czytałam bardzo dużo, w każdej wolnej chwili. Zmieniło się to z momentem przyjścia na studia. Przez pierwszy rok w ogóle nie czytałam, w kolejnych latach czytałam sporadycznie - po 2-3 książki na rok. Mniej więcej rok temu powróciłam do swojej wielkiej pasji i znów pochłaniam książki na potęgę. Mam kilka pozycji, które mam zamiar przeczytać w Nowym Roku - między innymi Mistrza i Małgorzatę, 50 twarzy Graya i Gdzie pada jabłko.
- kino - nie widziałam bardzo wielu (starszych i nowszych) kultowych filmów, przez co moi znajomi często ze śmiechem porównują mnie z dr Brennan, bo naprawdę często wypowiadam w towarzystwie chyba najsłynniejszą jej sentencję "Nie wiem co to znaczy". Dlatego w tym roku postanowiłam nadgonić kinowe braki i obejrzeć między innymi serię Władcy Pierścieni, Gwiezdnych Wojen, Piękny umysł i kilkanaście innych filmów, które są klasyką kina.
MARZENIA:
Postanowiłam spełnić także swoje egoistyczne marzenia i zaspokoić swoją potrzebę konsumpcjonizmu. Marzy mi się czytnik e-booków lub tablet, smartfon, nowy laptop, ponieważ notebook z którego do Was piszę niestety po 6 latach użytkowania zacina się, mam spory problem z monitorem, ponieważ przy niektórych jego ustawieniach jest żółty, a bateria już totalnie padła, więc muszę mieć go permanentnie podpiętego do prądu. Bardzo chciałabym też kupić klasyczną czarną pojemną torebkę, której bardzo brakuje mi w mojej szafie.
NIEZALEŻNOŚĆ FINANSOWA:
Od stycznia 2013 roku mam zamiar zacząć regularnie odkładać pieniądze oraz spłacać moją kartę kredytową. W jaki sposób? Po pierwsze - mam zamiar założyć konto oszczędnościowe lub lokatę i odkładać 10% każdej kwoty, która wpłynie na moje konto - niezależnie od tego, czy będzie to wypłata czy prezent od babci. Po roku, pieniądze te przeznaczę na różne cele, między innymi na wymianę opon w samochodzie czy opłacenie ubezpieczenia auta, ale także na przyjemności, takie jak wakacje czy nowa sukienka. Faktem jest, że 10% to nie dużo, więc nie poczuję tej sumy, a każda kwota, przeznaczona 'na czarną godzinę' jest przydatna. Po drugie co tydzień mam zamiar odkładać do dużego słoika 10 złotych. W połowie grudnia mam zamiar słoik otworzyć i za zebrane przez rok pieniądze kupić prezenty świąteczne dla bliskich. Po trzecie - do (kolejnego) dużego słoika mam zamiar wrzucać wszystkie drobne - zazwyczaj wydaję je na głupoty, np. gazetę, w której nie ma nic poza obrazkami i po dokładnym przejrzeniu tej gazety jestem zła na siebie, że ją kupiłam. Nie będą to duże kwoty, ale kiedy słoik się zapełni mam zamiar przeliczyć pieniądze, które się w nim znajdą i przeznaczyć je na jakąś małą przyjemność dla samej siebie :)
Kolejną rzeczą związaną z oszczędzaniem będzie kupienie kubka termoizolacyjnego, aby oszczędzić pieniądze wydawane na gorące napoje i zacznę przyrządzać wieczorem smaczne przekąski do zabrania do pracy lub na uczelnię.
Jak napisałam we wstępie, swoje cele na rok 2013 traktuję jak projekty do zrealizowania. W osobnym poście pokażę Wam, w jaki sposób podzieliłam swoje plany na pojedyncze zadania, a w ciągu roku będę na bieżąco informować o postępach w ich realizacji.
sobota, grudnia 29
Podsumowanie 2012 roku
Rok 2012 był dla mnie rokiem przełomowym, choć nie zawsze w dobrym sensie. Wiele się wydarzyło, udało mi się zrealizować kilka planów, spełnić kilka marzeń. Mam jednak wrażenie niedosytu - wydaje mi się, że zbyt mało czasu poświęciłam sobie i rozwijaniu swoich pasji, na realizacji własnych celów, bo byłam zbyt zajęta kimś innym, zbyt zapracowana albo przytłoczona problemami innych.
Ten rok nie rozpoczął się tak, jakbym sobie tego życzyła. Osobiście mocno wierzę, że jaki Sylwester, taki cały rok i wiele razy mogłam się o tym przekonać. Sylwester 2011 i rok 2012 rozpoczęłam kłótnią z partnerem, pójściem na 'imprezę' na którą nie miałam ochoty, mimo że z ludźmi, których bardzo lubię i uważam za swoich przyjaciół. Sama 'impreza' też nie była najlepsza. Zadecydowaliśmy dużo wcześniej, że chcemy spokojnego Sylwestra, a nie picia na umór, ale jedyne co pamiętam z tamtego wieczoru, to niespełnione oczekiwania. Oczekiwałam (zgodnie z tym, co ustaliliśmy) gier zespołowych, wspólnego odliczania przed północą, oglądania fajerwerków i lampki szampana. A jedyne co pamiętam, to siedzenie w kole i opowiadanie sobie przez 25 osób, jak minął im rok, spóźnienie na fajerwerki, brak jakiegokolwiek szampana i przegapienie północy, bo przecież rozmowa jest ważniejsza.
Dlatego tegorocznego Sylwestra postanowiłam spędzić w gronie bliskich mi osób - przyjaciółki i jej partnera oraz mojego partnera. W planie mamy filmy, szampana i wspólne gotowanie.
Wracając jednak do podsumowań. Ten rok nie zaczął się niesamowicie, ale mimo to było nawet dobrze. Udało mi się kilka rzeczy, z czego jestem bardzo dumna.
1. Praktyki wakacyjne - walczyłam długo, by zrobić te wymarzone i udało się - ekshumowałam ciała z grupą specjalistów.
2. Wyjechałam na konferencję naukową - co prawda przedstawiłam tylko swój plakat, a nie prezentację, ale przeżyłam świetny czas i poczułam się niesamowicie wyróżniona, zwłaszcza, gdy organizatorzy powiedzieli nam, że z ponad 20 000 zgłoszeń wybrali około setki.
3. Odbyłam samodzielną podróż - a nawet dwie. Zawsze chciałam wyjechać gdzieś sama, sprawdzić sama siebie, czy jestem w stanie o siebie zadbać, poradzić sobie bez wsparcia obok. I udało się. Co prawda były to tylko wyjazdy na praktyki i na sympozjum, ale poradziłam sobie i okazało się, że w każdych (dosłownie) warunkach jestem w stanie sobie poradzić. To dało mi duże poczucie niezależności i dużą dawkę pewności siebie.
4. Dostałam się na drugi kierunek. Od października na drugim kierunku studiuję chemię biologiczną i czuję się w tym temacie świetnie. Często jest ciężko, ale dzięki wyrozumiałości prowadzących i pomocy znajomych z roku daję radę.
5. Pokonałam depresję. Naprawdę, w tym roku poczułam się od niej w 100% uwolniona - nie chodzę wiecznie zmartwiona, nie chce mi się płakać co 5 sekund, rano mam chęć wyjść z łóżka i nie dopadają mnie co miesiąc tak zwane przeze mnie 'ciemne dni' kiedy nie mam ochoty wyjść spod kołdry. Wreszcie często się uśmiecham i znów jestem optymistką. Wiadomo, mi też jak każdemu zdarzają się słabsze dni, ale widzę ogromną różnicę między dniami sprzed roku czy dwóch i te chwilowe załamania nie są spowodowane chorobą a jakimś przykrym wydarzeniem lub złym samopoczuciem.
6. Zerwałam kontakt z kilkoma 'toksycznymi' osobami w moim otoczeniu. Miałam już dość energetycznych wampirów i osób, które często 'robią sobie dobrze' moim kosztem - potrafiąc mi wypomnieć na przykład, że studiuję dłużej niż powinnam, mimo że sami mają dokładnie ten sam występek za uszami. Prawdą jest, że historia moich studiów na biologii jest zagmatwana, bo powinnam się bronić w czerwcu 2012, a obronię się dopiero w 2014 roku, ale w moim przypadku jest to kwestia dziekanki, którą musiałam wziąć by pracować, a nie niezdanych przedmiotów jak u większości z nich.
Plany na przyszły rok są jeszcze na etapie tworzenia. Chcę mieć pełną wizję i wszystko dokładnie przemyśleć i rozplanować każdy, nawet najmniejszy cel, dlatego notka z planami na Nowy Rok ukaże się za kilka dni. A Wam co udało się osiągnąć w tym roku? Z czego jesteście dumni?
Ten rok nie rozpoczął się tak, jakbym sobie tego życzyła. Osobiście mocno wierzę, że jaki Sylwester, taki cały rok i wiele razy mogłam się o tym przekonać. Sylwester 2011 i rok 2012 rozpoczęłam kłótnią z partnerem, pójściem na 'imprezę' na którą nie miałam ochoty, mimo że z ludźmi, których bardzo lubię i uważam za swoich przyjaciół. Sama 'impreza' też nie była najlepsza. Zadecydowaliśmy dużo wcześniej, że chcemy spokojnego Sylwestra, a nie picia na umór, ale jedyne co pamiętam z tamtego wieczoru, to niespełnione oczekiwania. Oczekiwałam (zgodnie z tym, co ustaliliśmy) gier zespołowych, wspólnego odliczania przed północą, oglądania fajerwerków i lampki szampana. A jedyne co pamiętam, to siedzenie w kole i opowiadanie sobie przez 25 osób, jak minął im rok, spóźnienie na fajerwerki, brak jakiegokolwiek szampana i przegapienie północy, bo przecież rozmowa jest ważniejsza.
Dlatego tegorocznego Sylwestra postanowiłam spędzić w gronie bliskich mi osób - przyjaciółki i jej partnera oraz mojego partnera. W planie mamy filmy, szampana i wspólne gotowanie.
Wracając jednak do podsumowań. Ten rok nie zaczął się niesamowicie, ale mimo to było nawet dobrze. Udało mi się kilka rzeczy, z czego jestem bardzo dumna.
1. Praktyki wakacyjne - walczyłam długo, by zrobić te wymarzone i udało się - ekshumowałam ciała z grupą specjalistów.
2. Wyjechałam na konferencję naukową - co prawda przedstawiłam tylko swój plakat, a nie prezentację, ale przeżyłam świetny czas i poczułam się niesamowicie wyróżniona, zwłaszcza, gdy organizatorzy powiedzieli nam, że z ponad 20 000 zgłoszeń wybrali około setki.
3. Odbyłam samodzielną podróż - a nawet dwie. Zawsze chciałam wyjechać gdzieś sama, sprawdzić sama siebie, czy jestem w stanie o siebie zadbać, poradzić sobie bez wsparcia obok. I udało się. Co prawda były to tylko wyjazdy na praktyki i na sympozjum, ale poradziłam sobie i okazało się, że w każdych (dosłownie) warunkach jestem w stanie sobie poradzić. To dało mi duże poczucie niezależności i dużą dawkę pewności siebie.
4. Dostałam się na drugi kierunek. Od października na drugim kierunku studiuję chemię biologiczną i czuję się w tym temacie świetnie. Często jest ciężko, ale dzięki wyrozumiałości prowadzących i pomocy znajomych z roku daję radę.
5. Pokonałam depresję. Naprawdę, w tym roku poczułam się od niej w 100% uwolniona - nie chodzę wiecznie zmartwiona, nie chce mi się płakać co 5 sekund, rano mam chęć wyjść z łóżka i nie dopadają mnie co miesiąc tak zwane przeze mnie 'ciemne dni' kiedy nie mam ochoty wyjść spod kołdry. Wreszcie często się uśmiecham i znów jestem optymistką. Wiadomo, mi też jak każdemu zdarzają się słabsze dni, ale widzę ogromną różnicę między dniami sprzed roku czy dwóch i te chwilowe załamania nie są spowodowane chorobą a jakimś przykrym wydarzeniem lub złym samopoczuciem.
6. Zerwałam kontakt z kilkoma 'toksycznymi' osobami w moim otoczeniu. Miałam już dość energetycznych wampirów i osób, które często 'robią sobie dobrze' moim kosztem - potrafiąc mi wypomnieć na przykład, że studiuję dłużej niż powinnam, mimo że sami mają dokładnie ten sam występek za uszami. Prawdą jest, że historia moich studiów na biologii jest zagmatwana, bo powinnam się bronić w czerwcu 2012, a obronię się dopiero w 2014 roku, ale w moim przypadku jest to kwestia dziekanki, którą musiałam wziąć by pracować, a nie niezdanych przedmiotów jak u większości z nich.
Plany na przyszły rok są jeszcze na etapie tworzenia. Chcę mieć pełną wizję i wszystko dokładnie przemyśleć i rozplanować każdy, nawet najmniejszy cel, dlatego notka z planami na Nowy Rok ukaże się za kilka dni. A Wam co udało się osiągnąć w tym roku? Z czego jesteście dumni?
piątek, listopada 30
Podsumowanie wyzwania "Listopad miesiącem bez zakupów"
I tak oto zakończyło się z dniem dzisiejszym moje trzydziestodniowe wyzwanie - listopad miesiącem bez zakupów. O tym dlaczego zdecydowałam się na takie wyzwanie pisałam tutaj. Teraz przyszedł czas by podzielić się z Wami refleksjami na ten temat.
Czy wytrwałam? Tak, wytrwałam! Przyznam się szczerze - kupiłam jedną czerwoną szminkę, ale tylko dlatego, że używam jej naprawdę często, a poprzednia się skończyła.
Czy było ciężko? Na początku było, ale z czasem pokusa była coraz mniejsza?
Co zauważyłam? Przede wszystkim zauważyłam, że gotówka nie wypływa z mojego portfela, co zdarzało się wcześniej. Poza tym zauważyłam, że da się żyć bez kupowania co miesiąc nowego lakieru czy koszulki. Zauważyłam też zużycie kilku produktów, których zaczęłam używać częściej i zużyłam kilka kosmetyków do pielęgnacji ciała - między innymi żel do twarzy, żel pod prysznic i szampon. Pewnie dla Was to standard, ale dla mnie - niesamowitego chomika - duże zdziwienie, ponieważ posiadając kilka żeli pod prysznic czy szamponów i używając ich zamiennie, nie byłam w stanie zużyć ich w standardowym czasie, w jakim powinno się je zużywać. Zauważyłam także, że przecież nie umrę, nic nie kupując, sklepy są przecież otwarte codziennie, a półki sklepowe zapełnione towarem.
Ile udało mi się zaoszczędzić? Około 200 złotych.
Na co przeznaczę zaoszczędzone pieniądze? Zaoszczędzone pieniądze postanowiłam przeznaczyć na dodatkowe lekcje jazdy, ponieważ do 19 stycznia mam zamiar wyrobić się ze zrobieniem prawa jazdy. Część z tych pieniędzy przeznaczyłam też na prezent mikołajkowy dla mojego partnera.
Czy zmieniło się moje podejście do kupowania? Zdecydowanie tak. Jak już napisałam wyżej - teraz wiem, że mogę żyć bez kupowania 'na zapas', bo uświadomiłam sobie, ze sklepy są przecież otwarte codziennie i towaru nigdy nie brakuje. Dodatkowo uświadomiłam sobie, skąd moja potrzeba kupowania na zapas - jest kilka przyczyn. Po pierwsze, od kiedy byłam małą dziewczynką słyszałam opowieści mojej babci o czasach, kiedy ona była w moim wieku - a panowała wtedy II wojna światowa i praktycznie nic nie było można kupić, a jeżeli już coś było dostępne to było w niesamowitych cenach, a że moja babcia pochodziła z bardzo biednej i wielodzietnej rodziny, to mogli polegać tylko na tym, co sami wyhodują. To bardzo odbiło się na mojej psychice, ale nigdy nie zwracałam na to uwagi. Dodatkowo, na moją chęć kupowania 'na zapas' mocno wpłynął fakt, że kiedy byłam w podstawówce moi rodzice mieli poważne problemy finansowe - poradziliśmy sobie tylko dzięki pomocy dziadków. I dopiero w listopadzie, powstrzymując się od kupna kolejnego szamponu, dotarło do mnie, dlaczego chcę go kupić, mimo, że w szafce mam jeszcze dwa. Pomyślałam wtedy "ok, obiecałam sobie, że nie będę nic kupować, ale co jeżeli za miesiąc skończą mi się szampony i akurat nie będę miała pieniędzy, by go kupić?". Odstawiłam wtedy grzecznie ten szampon na półkę, ale całą drogę powrotną myślałam o tym, dlaczego świadomość, że nie będę go kupować spowodowała taką myśl. Dopiero po kilku godzinach zrozumiałam, co jest nie tak. Ten miesiąc bez zakupów pomógł mi się uporać z tą fobią.
Co dalej? Postanowiłam, że wyzwanie na jednym miesiącu się nie skończy. Nie będzie ono jednak polegało na tym, że nie będę mogła kupić sobie nic, poza najpotrzebniejszymi rzeczami, które mi się skończą. Dopuszczam możliwość spełnienia jakiejś swojej zachciewajki raz na jakiś czas. Postanowiłam jednak, że będę kupować rozsądnie - w końcu nie potrzebuję kilku szamponów do włosów czy różowych szminek. Postanowiłam także, zainspirowana kilkoma blogami zacząć nowy blogowy projekt o nazwie "projekt denko". Nie będzie się on pojawiał regularnie, ale co jakiś czas, mam zamiar opisać kilka produktów, które mam zużyłam w ostatnim okresie.
Jeżeli macie te same problemy co ja, to naprawdę zachęcam do spędzenia miesiąca na tym wyzwaniu. Jest to coś dobrego, ponieważ można sporo zaoszczędzić i dowiedzieć się, gdzie niepostrzeżenie ulatują pieniądze, które przecież powinny być w portfelu.
Czy wytrwałam? Tak, wytrwałam! Przyznam się szczerze - kupiłam jedną czerwoną szminkę, ale tylko dlatego, że używam jej naprawdę często, a poprzednia się skończyła.
Czy było ciężko? Na początku było, ale z czasem pokusa była coraz mniejsza?
Co zauważyłam? Przede wszystkim zauważyłam, że gotówka nie wypływa z mojego portfela, co zdarzało się wcześniej. Poza tym zauważyłam, że da się żyć bez kupowania co miesiąc nowego lakieru czy koszulki. Zauważyłam też zużycie kilku produktów, których zaczęłam używać częściej i zużyłam kilka kosmetyków do pielęgnacji ciała - między innymi żel do twarzy, żel pod prysznic i szampon. Pewnie dla Was to standard, ale dla mnie - niesamowitego chomika - duże zdziwienie, ponieważ posiadając kilka żeli pod prysznic czy szamponów i używając ich zamiennie, nie byłam w stanie zużyć ich w standardowym czasie, w jakim powinno się je zużywać. Zauważyłam także, że przecież nie umrę, nic nie kupując, sklepy są przecież otwarte codziennie, a półki sklepowe zapełnione towarem.
Ile udało mi się zaoszczędzić? Około 200 złotych.
Na co przeznaczę zaoszczędzone pieniądze? Zaoszczędzone pieniądze postanowiłam przeznaczyć na dodatkowe lekcje jazdy, ponieważ do 19 stycznia mam zamiar wyrobić się ze zrobieniem prawa jazdy. Część z tych pieniędzy przeznaczyłam też na prezent mikołajkowy dla mojego partnera.
Czy zmieniło się moje podejście do kupowania? Zdecydowanie tak. Jak już napisałam wyżej - teraz wiem, że mogę żyć bez kupowania 'na zapas', bo uświadomiłam sobie, ze sklepy są przecież otwarte codziennie i towaru nigdy nie brakuje. Dodatkowo uświadomiłam sobie, skąd moja potrzeba kupowania na zapas - jest kilka przyczyn. Po pierwsze, od kiedy byłam małą dziewczynką słyszałam opowieści mojej babci o czasach, kiedy ona była w moim wieku - a panowała wtedy II wojna światowa i praktycznie nic nie było można kupić, a jeżeli już coś było dostępne to było w niesamowitych cenach, a że moja babcia pochodziła z bardzo biednej i wielodzietnej rodziny, to mogli polegać tylko na tym, co sami wyhodują. To bardzo odbiło się na mojej psychice, ale nigdy nie zwracałam na to uwagi. Dodatkowo, na moją chęć kupowania 'na zapas' mocno wpłynął fakt, że kiedy byłam w podstawówce moi rodzice mieli poważne problemy finansowe - poradziliśmy sobie tylko dzięki pomocy dziadków. I dopiero w listopadzie, powstrzymując się od kupna kolejnego szamponu, dotarło do mnie, dlaczego chcę go kupić, mimo, że w szafce mam jeszcze dwa. Pomyślałam wtedy "ok, obiecałam sobie, że nie będę nic kupować, ale co jeżeli za miesiąc skończą mi się szampony i akurat nie będę miała pieniędzy, by go kupić?". Odstawiłam wtedy grzecznie ten szampon na półkę, ale całą drogę powrotną myślałam o tym, dlaczego świadomość, że nie będę go kupować spowodowała taką myśl. Dopiero po kilku godzinach zrozumiałam, co jest nie tak. Ten miesiąc bez zakupów pomógł mi się uporać z tą fobią.
Co dalej? Postanowiłam, że wyzwanie na jednym miesiącu się nie skończy. Nie będzie ono jednak polegało na tym, że nie będę mogła kupić sobie nic, poza najpotrzebniejszymi rzeczami, które mi się skończą. Dopuszczam możliwość spełnienia jakiejś swojej zachciewajki raz na jakiś czas. Postanowiłam jednak, że będę kupować rozsądnie - w końcu nie potrzebuję kilku szamponów do włosów czy różowych szminek. Postanowiłam także, zainspirowana kilkoma blogami zacząć nowy blogowy projekt o nazwie "projekt denko". Nie będzie się on pojawiał regularnie, ale co jakiś czas, mam zamiar opisać kilka produktów, które mam zużyłam w ostatnim okresie.
Jeżeli macie te same problemy co ja, to naprawdę zachęcam do spędzenia miesiąca na tym wyzwaniu. Jest to coś dobrego, ponieważ można sporo zaoszczędzić i dowiedzieć się, gdzie niepostrzeżenie ulatują pieniądze, które przecież powinny być w portfelu.
niedziela, października 28
Listopad miesiącem bez zakupów!
Tak, wiem, obiecałam co niedzielę nowe wpisy z serii organizacji czasu, ale ten tydzień jest dla mnie pełen niespodzianek i dziś, z racji, że w środę obchodzę urodziny, odwiedziła mnie rodzinka. Z tego powodu miałam po prostu zbyt mało czasu, by przygotować dla Was post.
Nie wiem, czy pozostałe dziewczyny z BGS też tak mają, ale w moim przypadku napisanie wyczerpującego temat posta zajmuje mniej więcej 2 do 4, a czasami nawet 5 godzin. Poza stylistycznie poprawną wypowiedzią muszę przecież być przygotowana merytorycznie, do tego często dochodzą jeszcze zdjęcia.
O tym, jak przygotowuję się do napisania posta będziecie mogli przeczytać tutaj w niedługim czasie. Oczywiście, nie każda notka zajmuje tyle czasu - najbardziej czasochłonne są te, w których piszę właśnie o poradach i gdy chcę Wam coś polecić - wtedy chcę być jak najbardziej precyzyjna. Notki takie jak ta, zabierają zazwyczaj mniej czasu, bo opisuję w nich to, co sama dopiero mam zamiar wypróbować.
Ale do sedna tematu - postanowiłam, że listopad będzie miesiącem bez zakupów. Nie oznacza to jednak, że będę chodzić głodna a moja lodówka będzie świecić pustkami. Nie oznacza to także, że mam zamiar jeść tylko to co sama upoluję albo wyhoduję. Mam zamiar przez cały listopad nie kupować ciuchów, kosmetyków, lakierów do paznokci i tym podobnych.
Cel? Po pierwsze - zaoszczędzić, a po drugie - zużyć produkty, które posiadam w swojej szafie/szafce łazienkowej.
Przyczyna? Zauważyłam, że ostatnimi czasy kupuję zbyt dużo ubrań i kosmetyków. Mam kilka podkładów, dwa pudry, trzy róże, chyba tuzin szminek, a o ilości lakierów do paznokci nawet się nie wypowiem... Podczas porannego makijażu prawie zawsze używam mniej więcej tych samych produktów, zmienia się zazwyczaj kolor cienia do powiek i szminki w zależności od tego, co mam na sobie.
Mam też 'dar chomikowania' - widzę promocję na mój ulubiony antyperspirant i co robię? Kupuję. Po co? Na zapas. Tym sposobem mam 3 albo 4 balsamy do ciała, 5 dezodorantów i co najmniej kilka żeli pod prysznic. Dlatego w listopadzie mam zamiar korzystać tylko z tego, co już mam w szafce.
Oczywiście, jeżeli okaże się, że skończył mi się żel do twarzy czy szampon, a takowego nie będę posiadała w szafce, to będę zmuszona go kupić - nie chodzi tu przecież o zapuszczanie się, tylko o zużycie tego, co już mam w szafce i nauczenie się rozsądnego kupowania - w sklepach są przecież pełne półki chemii gospodarczej i kosmetyków pielęgnacyjnych, a 5 minut na kupno pasty do zębów znajdę w swoim szalonym i wypchanym obowiązkami dniu, kiedy ona się skończy.
Będzie jeszcze jedno odstępstwo od reguły - w listopadzie kupuję zimową kurtkę, bo moja stara kurtka ma już 6 lat i raczej nie nadaje się już do noszenia. Ponadto, będzie to prezent urodzinowy od mamy i babci, więc w sumie można powiedzieć, że się nie liczy :)
Mam zamiar kupić też 2 rzeczy - jedną ubraniową, drugą kosmetyczną, ale nie dla siebie. Po prostu co roku kupuję prezenty świąteczne wcześniej - unikam tłoku, pośpiechu i wyższych cen.
Będzie to też sprawdzian dla mnie - czy moja silna wola jest na tyle silna, by w trakcie buszowania po sklepach za prezentami nie kupić czegoś też sobie?
Nagroda - nie przewiduję nagrody materialnej, bo mijałoby się to z celem. Zaoszczędzone pieniądze mam zamiar przeznaczyć na kilka dodatkowych godzin jazd i opłacenie egzaminu prawa jazdy, które mam zamiar skończyć w tym roku.
Raport z miesiąca bez zakupów planuję na 30 listopada :)
Nie wiem, czy pozostałe dziewczyny z BGS też tak mają, ale w moim przypadku napisanie wyczerpującego temat posta zajmuje mniej więcej 2 do 4, a czasami nawet 5 godzin. Poza stylistycznie poprawną wypowiedzią muszę przecież być przygotowana merytorycznie, do tego często dochodzą jeszcze zdjęcia.
O tym, jak przygotowuję się do napisania posta będziecie mogli przeczytać tutaj w niedługim czasie. Oczywiście, nie każda notka zajmuje tyle czasu - najbardziej czasochłonne są te, w których piszę właśnie o poradach i gdy chcę Wam coś polecić - wtedy chcę być jak najbardziej precyzyjna. Notki takie jak ta, zabierają zazwyczaj mniej czasu, bo opisuję w nich to, co sama dopiero mam zamiar wypróbować.
Ale do sedna tematu - postanowiłam, że listopad będzie miesiącem bez zakupów. Nie oznacza to jednak, że będę chodzić głodna a moja lodówka będzie świecić pustkami. Nie oznacza to także, że mam zamiar jeść tylko to co sama upoluję albo wyhoduję. Mam zamiar przez cały listopad nie kupować ciuchów, kosmetyków, lakierów do paznokci i tym podobnych.
Cel? Po pierwsze - zaoszczędzić, a po drugie - zużyć produkty, które posiadam w swojej szafie/szafce łazienkowej.
Przyczyna? Zauważyłam, że ostatnimi czasy kupuję zbyt dużo ubrań i kosmetyków. Mam kilka podkładów, dwa pudry, trzy róże, chyba tuzin szminek, a o ilości lakierów do paznokci nawet się nie wypowiem... Podczas porannego makijażu prawie zawsze używam mniej więcej tych samych produktów, zmienia się zazwyczaj kolor cienia do powiek i szminki w zależności od tego, co mam na sobie.
Mam też 'dar chomikowania' - widzę promocję na mój ulubiony antyperspirant i co robię? Kupuję. Po co? Na zapas. Tym sposobem mam 3 albo 4 balsamy do ciała, 5 dezodorantów i co najmniej kilka żeli pod prysznic. Dlatego w listopadzie mam zamiar korzystać tylko z tego, co już mam w szafce.
Oczywiście, jeżeli okaże się, że skończył mi się żel do twarzy czy szampon, a takowego nie będę posiadała w szafce, to będę zmuszona go kupić - nie chodzi tu przecież o zapuszczanie się, tylko o zużycie tego, co już mam w szafce i nauczenie się rozsądnego kupowania - w sklepach są przecież pełne półki chemii gospodarczej i kosmetyków pielęgnacyjnych, a 5 minut na kupno pasty do zębów znajdę w swoim szalonym i wypchanym obowiązkami dniu, kiedy ona się skończy.
Będzie jeszcze jedno odstępstwo od reguły - w listopadzie kupuję zimową kurtkę, bo moja stara kurtka ma już 6 lat i raczej nie nadaje się już do noszenia. Ponadto, będzie to prezent urodzinowy od mamy i babci, więc w sumie można powiedzieć, że się nie liczy :)
Mam zamiar kupić też 2 rzeczy - jedną ubraniową, drugą kosmetyczną, ale nie dla siebie. Po prostu co roku kupuję prezenty świąteczne wcześniej - unikam tłoku, pośpiechu i wyższych cen.
Będzie to też sprawdzian dla mnie - czy moja silna wola jest na tyle silna, by w trakcie buszowania po sklepach za prezentami nie kupić czegoś też sobie?
Nagroda - nie przewiduję nagrody materialnej, bo mijałoby się to z celem. Zaoszczędzone pieniądze mam zamiar przeznaczyć na kilka dodatkowych godzin jazd i opłacenie egzaminu prawa jazdy, które mam zamiar skończyć w tym roku.
Raport z miesiąca bez zakupów planuję na 30 listopada :)
czwartek, maja 3
Podsumowanie kwietnia i plany na maj.
Moje plany na kwiecień były bardzo ambitne - zadałam sobie dużo zadań, jednak nie wszystkie udało mi się zrealizować. I wbrew pozorom nie stało się to przez moje lenistwo. Nie wydarzyło się także nic w moim życiu osobistym, co mogłoby mi przeszkodzić w realizacji planów. Powodów jest jednak kilka. Po pierwsze - bardzo dużo czasu spędziłam na przygotowywaniu się na zajęcia, pisaniu prac i referatów, a ponieważ moja biblioteka uczelniana posiada tylko 15 egzemplarzy podręczników na ponad 300 studentów z 3 wydziałów, a ACTA skutecznie uniemożliwiło mi znalezienie ich w internecie, wiąże się to z godzinami spędzonymi na robieniu notatek w czytelni. Po drugie - w święta postanowiłam dać sobie odpocząć. I wreszcie po trzecie - wszystkie weekendy miałam zajęte pracą.
Mimo to udało mi się jednak wywiązać z większości postanowień.
W kwestii nauki języków udało mi się:
czytać 3 angielskie artykuły tygodniowo, uczyć się mniej więcej 20 nowych słówek z francuskiego tygodniowo (mniej niż planowałam, ale nauczyłam się ich solidnie) oraz powtórzyć słówka z działu 'czas'.
Udało mi się także powtórzyć wszystkie zaplanowane działy z chemii do poprawy matury - stechiometria, teoria budowy atomu, dysocjacja, redox, węglowodory, alkohole i fenole oraz aldehydy i ketony.W kwestii poprawy matury z biologii udało mi się jedynie powtórzyć budowę komórki, tkankę mięśniową i grzyby.
W kwestii studiów udało mi się wykonać wszystko co zaplanowałam, z czego jestem naprawdę bardzo dumna. Starałam się także dbać o siebie, więc regularnie brałam witaminy, ćwiczyłam 3 razy w tygodniu przez minimum pół godziny i starałam się pić mniej więcej 1,5l wody dziennie.
Czynnikiem, który także sprawił, że nie udało mi się wykonać wszystkich zamierzonych celów był też fakt, że wznowiłam robienie prawa jazdy - wstyd się przyznać, ale zaczęłam robić je początkiem listopada, a dopiero teraz mam wyrobione 7 jazd. W połowie kwietnia zebrałam się w sobie i postanowiłam wznowić kurs. I nie żałuję.
A co na maj?
Przede wszystkim zamierzam popracować nad organizacją dnia, a także nad reorganizacją szafy i mojego 'kącika naukowego', ponieważ zauważyłam, że przez ostatnie dwa miesiące strasznie się w tej kwestii rozleniwiłam, przez co zbyt dużo czasu poświęcam na szukanie swoich rzeczy i kompletowanie garderoby.
W kwestii nauki języków mam zamiar:
nadal czytać 3 artykuły tygodniowo w języku angielskim
uczyć się chociaż 10 nowych słówek z angielskiego tygodniowo
uczyć się 10 słówek z j. francuskiego dziennie
powtórzyć słownictwo z j. francuskiego z działów:
- dom
- rodzina
- ubrania i kolory
- jedzenie
- czynności dnia codziennego
- zainteresowania
- państwa
Mam też zamiar wreszcie zabrać się za naukę rosyjskiego, bo to moje marzenie. Będzie mi dużo łatwiej, ponieważ jestem półkrwi Rosjanką i w tym języku babcia mówiła do mnie przez praktycznie całe moje dzieciństwo, jednak mam chyba blokadę językową, bo rozumiem prawie wszystko, ale boję się powiedzieć w tym języku cokolwiek. A poza tym, może trochę wstyd się przyznać, ale nie umiem pisać ani czytać w tym języku, więc mam zamiar nadrobić zaległości.
W celu poprawy wyników matury mam zamiar powtórzyć jak największą ilość działów i zrobić jak największą ilość zadań, a przynajmniej chociaż 20 zadań z każdego powtórzonego działu.
Jeżeli chodzi o studia, mam zamiar zaliczyć wszystkie przedmioty w pierwszych terminach i postarać się mieć średnią w przedziale 3,9 - 4,2. Poza tym mam zamiar cały czas dokładnie uczyć się anatomii człowieka (należę do koła antropologów, moim konikiem jest antropologia kulturowa i fizyczna, ale anatomię mam dopiero w przyszłym semestrze, więc by nie być w tyle cały czas uczę się i doszkalam w tym zakresie sama). Postaram się też załatwić ciekawe praktyki, które nauczą mnie czegoś nowego.
W kwestii dbania o siebie i rozwijania swoich pasji postaram się przeczytać chociaż 2 książki, ćwiczyć 3 razy w tygodniu chociaż przez pół godziny, 3 razy w tygodniu ćwiczyć strzelanie (o tym będzie osobny post). Jeżeli czas mi na to pozwoli chciałabym też nauczyć się pływać (wreszcie) i zacząć wspinać się ze znajomymi na ściankę wspinaczkową. Mam też zamiar pić minimum 1,5l wody dziennie i nie zapominać o witaminach.
A Wy jakie macie plany na maj?
piątek, października 21
Czy jest coś lepszego niż kalendarz?
Mogłoby się wydawać, że odpowiedź na powyższe pytanie brzmi - nie. Moim zdaniem jednak jest coś lepszego niż klasyczny kalendarz. Próbowałam już różnych metod i rodzajów kalendarzy by lepiej się zorganizować i nie zapomnieć o niczym ważnym.
Przez pewien czas używałam kalendarza google, ale nie był on dla mnie zbyt komfortowy. Po pierwsze dlatego, że jego głównym założeniem jest planowanie co do godziny, poza tym trudno mi było go wydrukować w takiej formie, jakiej oczekiwałam. Kalendarz noszony w torebce też średnio spełnia swoje zadanie-nie zawsze do niego zaglądam, a raczej mówiąc szczerze - zaglądam do niego tylko jak mi się przypomni. Częściej zaglądam do swojego notesu, bo w nim mam zapisane wszystkie dane dotyczące zajęć, tego co trzeba na nie przygotować, wyniki reakcji labolatoryjnych itp. Jednak on też miał swoją wadę - nie był przejrzysty - moje spisane plany na tydzień/dzień mieszały się z wynikami reakcji i innymi ważnymi zapiskami.
Dlatego też postanowiłam sama rozwiązać problem - w programie Excel zrobiłam tabelę, ponumerowałam i wpisałam wszystko czego potrzebowałam dzieląc kategorie na dom, studia, samorozwój, czas wolny, dodatkowe i koła naukowe. I to jest rzecz, która sprawdza się u mnie jak nic innego - jeden arkusz wisi na mojej tablicy przy biurku, drugi arkusz wydrukowałam i włożyłam do notesu, a trzeci - wklejam tutaj, żeby podzielić się z Wami swoim pomysłem i przy okazji mieć większą motywację do pracy - w końcu widzicie ile mam w planach i zobaczycie też co mi się udało a co nie..
Poza tym możecie zauważyć małą zmianę na blogu. Przede wszystkim po lewej stronie bloga, zaraz nad archiwum wkleiłam linki do książek, które chcę przeczytać, mojego kalendarza i listy 'things to do before I die' - możecie na bieżąco śledzić moje postępy i poczynania na tym polu. Plusem jest dla mnie też dodatkowa motywacja, którą mam dzięki temu, że śledzicie moje postępy. Niedługo pojawią się też inne linki - między innymi do nauki języków obcych i recenzji książek i filmów, które udało mi się przeczytać/obejrzeć.
Wracając jednak do mojego kalendarza-notatnika wygląda to następująco:
Przez pewien czas używałam kalendarza google, ale nie był on dla mnie zbyt komfortowy. Po pierwsze dlatego, że jego głównym założeniem jest planowanie co do godziny, poza tym trudno mi było go wydrukować w takiej formie, jakiej oczekiwałam. Kalendarz noszony w torebce też średnio spełnia swoje zadanie-nie zawsze do niego zaglądam, a raczej mówiąc szczerze - zaglądam do niego tylko jak mi się przypomni. Częściej zaglądam do swojego notesu, bo w nim mam zapisane wszystkie dane dotyczące zajęć, tego co trzeba na nie przygotować, wyniki reakcji labolatoryjnych itp. Jednak on też miał swoją wadę - nie był przejrzysty - moje spisane plany na tydzień/dzień mieszały się z wynikami reakcji i innymi ważnymi zapiskami.
Dlatego też postanowiłam sama rozwiązać problem - w programie Excel zrobiłam tabelę, ponumerowałam i wpisałam wszystko czego potrzebowałam dzieląc kategorie na dom, studia, samorozwój, czas wolny, dodatkowe i koła naukowe. I to jest rzecz, która sprawdza się u mnie jak nic innego - jeden arkusz wisi na mojej tablicy przy biurku, drugi arkusz wydrukowałam i włożyłam do notesu, a trzeci - wklejam tutaj, żeby podzielić się z Wami swoim pomysłem i przy okazji mieć większą motywację do pracy - w końcu widzicie ile mam w planach i zobaczycie też co mi się udało a co nie..
Poza tym możecie zauważyć małą zmianę na blogu. Przede wszystkim po lewej stronie bloga, zaraz nad archiwum wkleiłam linki do książek, które chcę przeczytać, mojego kalendarza i listy 'things to do before I die' - możecie na bieżąco śledzić moje postępy i poczynania na tym polu. Plusem jest dla mnie też dodatkowa motywacja, którą mam dzięki temu, że śledzicie moje postępy. Niedługo pojawią się też inne linki - między innymi do nauki języków obcych i recenzji książek i filmów, które udało mi się przeczytać/obejrzeć.
Wracając jednak do mojego kalendarza-notatnika wygląda to następująco:
Zachęcam Was, żebyście same spróbowały zrobić taki kalendarz - jest bardzo łatwy do wykonania, a przez podział dnia na 'części' łatwiej jest się zorganizować. A jakie sa Wasze najlepsze sposoby na organizację dnia/tygodnia?
Miłego weekendu!
środa, września 14
Akcja: nie przesypiam życia.
Jako że jestem w trakcie egzaminów (chemia organiczna i zoologia bezkręgowców potrafią wykończyć człowieka, ale nie, ja się nie skarżę, powtarzam sobie tylko często że kocham swoje studia, kocham swoje studia...) nie jestem w stanie wprowadzić w życie 'od dzisiaj' planów związanych z nauką języków, czy chodzeniem na siłownię.
Jest jednak jedna rzecz, którą mogę zacząć robić już, a w zasadzie nawet już dziś ją zaczęłam. Mianowicie - chcę i próbuję wprowadzić w swoje życie program 'nie przesypiam życia' i zacząć wstawać wcześniej. Jestem raczej typem sowy, w dodatku sowy, która potrafi spać po 12h dziennie. Poza faktem, że odbieram tym sobie czas na zrobienie czegoś dodatkowo, to w dodatku chodzę wiecznie zmęczona - nie od dziś wiadomo, że za długi sen sprawia, że chce nam się spać jeszcze bardziej...
Więc do rzeczy. Mam zamiar kłaść się spać najpóźniej o północy, a wstawać około godziny 6-7 rano. Pomoże mi to w organizacji dnia, poza tym zyskam dodatkowy czas dla siebie.
Dzięki temu rano spokojnie będę mogła zjeść śniadanie, zrobić makijaż, wypić kawę i spokojnie zrobić plan na bieżący dzień. A wolne chwile mam zamiar spędzać na nauce francuskiego lub angielskiego albo na czytaniu książek.
W praktyce będzie to wyglądało tak: wyznaczam sobie 7-8h na sen i wstaję najpóźniej o 8 rano, bez włączania drzemek w budziku. Jako 'czas przystosowawczy' daję sobie 30 dni - przez te dni właśnie będę meldować Wam o moich postępach (lub - mam nadzieję że nie - ich braku) tutaj.
Wiem, że dam radę, bo kiedy studiowałam i pracowałam na pełen etat mój dzień trwał czasami 19 a nawet 20h, a często do tego dochodził pośpiech, bo przecież nie mogę się spóźnić do pracy/na uczelnię w zależności od tego gdzie w tamtym momencie przebywałam.
Wszystkim polecam wprowadzenie tego nawyku w życie - na więcej czasu w ciągu dnia jeszcze nikt nie narzekał! :)
Jest jednak jedna rzecz, którą mogę zacząć robić już, a w zasadzie nawet już dziś ją zaczęłam. Mianowicie - chcę i próbuję wprowadzić w swoje życie program 'nie przesypiam życia' i zacząć wstawać wcześniej. Jestem raczej typem sowy, w dodatku sowy, która potrafi spać po 12h dziennie. Poza faktem, że odbieram tym sobie czas na zrobienie czegoś dodatkowo, to w dodatku chodzę wiecznie zmęczona - nie od dziś wiadomo, że za długi sen sprawia, że chce nam się spać jeszcze bardziej...
Więc do rzeczy. Mam zamiar kłaść się spać najpóźniej o północy, a wstawać około godziny 6-7 rano. Pomoże mi to w organizacji dnia, poza tym zyskam dodatkowy czas dla siebie.
Dzięki temu rano spokojnie będę mogła zjeść śniadanie, zrobić makijaż, wypić kawę i spokojnie zrobić plan na bieżący dzień. A wolne chwile mam zamiar spędzać na nauce francuskiego lub angielskiego albo na czytaniu książek.
W praktyce będzie to wyglądało tak: wyznaczam sobie 7-8h na sen i wstaję najpóźniej o 8 rano, bez włączania drzemek w budziku. Jako 'czas przystosowawczy' daję sobie 30 dni - przez te dni właśnie będę meldować Wam o moich postępach (lub - mam nadzieję że nie - ich braku) tutaj.
Wiem, że dam radę, bo kiedy studiowałam i pracowałam na pełen etat mój dzień trwał czasami 19 a nawet 20h, a często do tego dochodził pośpiech, bo przecież nie mogę się spóźnić do pracy/na uczelnię w zależności od tego gdzie w tamtym momencie przebywałam.
Wszystkim polecam wprowadzenie tego nawyku w życie - na więcej czasu w ciągu dnia jeszcze nikt nie narzekał! :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


