Singielką nie jestem od bardzo dawna - w niektórych kręgach zwykło się nawet mawiać, że jestem mężatką, chociaż nie mam na palcu obrączki. Ja również lubię o sobie myśleć jako o mężatce, mimo że jeszcze kilka lat temu nie uważałam, żeby słowo "mąż" miało w moim osobistym słowniku wyrazów ważnych jakiekolwiek znaczenie - do tego po prostu trzeba dojrzeć. W swoim związku jestem szczęśliwa, bo wiem, że mam przy sobie kogoś, kto będzie przy mnie zawsze i nie ucieknie gdzie pieprz rośnie jak tylko na horyzoncie pojawi się problem. Singiel to jednak w pewnym sensie stan umysłu. Nie mam tu na myśli oczywiście zdrad, których osobiście nie polecam nikomu, bez względu na to, czy w związku wieje nudą, czy źle się układa. Mam na myśli zupełnie coś innego.
Jest niedziela wieczorem, a ja siedzę w domu jedynie z kotem. Mój -choć nieoficjalnie, to jednak - mąż spędza dzisiejszy dzień na... uczelni ze znajomymi tworząc projekt zaliczeniowy. Widzimy się dopiero jutro, ponieważ, by nie marnować czasu, dziś nocuje u kolegi mieszkającego skrzyżowanie od ich wydziału. Wczoraj wrócił po 22 - spotykał się ze swoimi kolegami w totalnie męskim towarzystwie. I nie mam z tym najmniejszego problemu.
Mam za to kilka bliższych i dalszych znajomych, które nie wyobrażają sobie spędzenia wolnego czasu bez swojego partnera, a o spaniu poza domem w ogóle nie ma mowy.
W moim przypadku jest jednak inaczej - wczorajszy dzień spędziłam nadrabiając kinowe i czytelnicze zaległości, a dziś, po tygodniu pełnym napięcia zafundowałam sobie długą i relaksującą kąpiel przy świecach, a potem spotkałam się z przyjaciółką - wypiłyśmy kieliszek wina i poplotkowałyśmy. Dzięki temu rozładowałyśmy emocje z minionego tygodnia. W planach mam jeszcze lekką sałatkę na kolację - co przy moim mężu byłoby niemożliwe ( "Kochanie, a gdzie mięso w tej kolacji?"), dodający energii prysznic i naukę na jutrzejsze kolokwium. A jutro - poranne ćwiczenia w salonie, zaraz przed wyjściem na uczelnię! Brzmi jak dobry początek tygodnia według Carrie Bradshaw.
Ale podobnie wyglądają wieczory mojego męża kiedy nie ma mnie w mieście - aktualizuje swoją stronę internetową, ogląda mecze z piwem i orzeszkami i w męskim gonie gra na Playstation. Dla nas normalnym jest spędzać czas osobno. Tradycyjne małżeństwa, gdzie ludzie postanawiają zostać w domu i zjeść razem każdego dnia - mimo, iż osobiście uważam to za urocze - sprawiłyby, że czułabym się jak więzień.
Nie wiem jak postrzegacie ten 'typ' małżeństwa Wy, ale bycie rozsądnym egoistą w związku jest dobre. Oczywiście, że gdy druga osoba jest chora, bądź ma problem, nasze osobiste plany stają się nieważne i pomoc tej drugiej osobie jest najważniejsza. Jednak po co miałabym słuchać filmów dotyczących obozów koncentracyjnych, jakie w Polsce powstały za czasów Hitlera (co jest hobby mojego męża) i po co on miałby oglądać ze mną youtubowe filmiki o kosmetykach czy słuchać biologicznych żartów moich znajomych, które jak już nie raz się przekonałam, śmieszą tylko nas - biologów? Oczywiście mamy także czas przeznaczony tylko dla siebie, kiedy wylegujemy się w łóżku całymi dniami i oglądamy seriale albo gotujemy, ale czas spędzony osobno jest nam niesamowicie potrzebny. Często zdarza się, że będąc jednocześnie w naszym mieszkaniu, nie zauważamy siebie nawzajem. Ja spędzam czas w swoim gabinecie pracując nad pracą na kolejne sympozjum, a on - projektując strony internetowe czy strugając coś w drewnie. Kiedy spędzamy czas razem, jest to czas jedynie dla nas - dzięki temu, że nie poświęcamy własnego hobby i czasu dla siebie by spędzać każdą wolną chwilę razem, nie jesteśmy sfrustrowani.
Nie ma nic gorszego niż życie u boku pełnej żalu i frustracji osoby, przez którą my też zmniejszamy swoje ambicje i hamujemy swoje możliwości. To prowadzi tylko do nakręcającej się w różnym tempie spirali nienawiści, która może sprawić, że kiedyś obudzimy się z ręką w nocniku i będziemy się zastanawiać dlaczego jeszcze kilka lat temu, gdy dało się coś zrobić nie zaczęliśmy działać? Moim zdaniem zdrowy egoizm nas obojga sprawia, że czujemy się zrealizowani i zadowoleni, a to przekłada się na atmosferę w związku.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
niedziela, stycznia 20
niedziela, grudnia 30
Kilka słów o noworocznych postanowieniach
Przed nami gorący okres noworocznych postanowień. Mnie samej też nie raz zdarzyło się zapomnieć o swoich postanowieniach, bądź postawić przed sobą cel, który był nieosiągalny. To powodowało we mnie tylko frustrację i niechęć do dalszych działań.
W tym roku postanowiłam, że każde swoje noworoczne postanowienie będę traktować jak konkretny projekt do zrealizowania, co oznacza, że każde z tych postanowień dzielimy na podzadania, które mamy wykonać w określonym czasie. Ale nie robię szczegółowych planów dziennych - wręcz przeciwnie - ustalam dead line dla każdego z zadań i staram się wyrobić w czasie pamiętając, że każdy wysiłek, którego się podejmę by doprowadzić zadanie do końca, zbliża mnie do osiągnięcia wymarzonego celu.
Jak wspominałam w poprzednim poście - w 2012 roku udało mi się zrealizować niewiele rzeczy, ale o bardzo dużym znaczeniu dla mnie. Spełniło się też jedno moje marzenie - po raz pierwszy w życiu, po 22 latach nie posiadania choćby własnego kącika w domu, mam własny pokój!
JA:
Rok 2012 był dla mnie jednak rokiem, w którym ciągle oglądałam się za siebie. Nie z powodu strachu - żeby mnie wystraszyć potrzeba naprawdę wiele, ale z powodu innych. W zasadzie patrzę za siebie od kiedy pamiętam. Kocham swoją rodzinę i partnera, ale naprawdę mam już dość podporządkowywania decyzji pod plany innych. Dlatego Nowy Rok będzie moim rokiem. Wreszcie dojrzałam do tego, by być zdrową egoistką. Postanowiłam, że na decyzje, jakie będę podejmować nie będzie wpływać moja rodzina, ani plany mojej matki.
W tym roku dwa razy prawie popełniłam ogromny błąd - prawie nie wyjechałam na praktyki, o które długo walczyłam, bo psuły mojej matce wizję jej wakacji i byłam o krok od postanowienia o nieaplikowaniu na drugi kierunek, bo mojej mamie nie podobała się wizja mnie studiującej dwa kierunki. Na szczęście w porę uświadomiłam sobie jaki błąd bym popełniła, gdybym nie spróbowała czy nie pojechała. Dlatego postanowiłam, że teraz czas na mnie.
STUDIA / SAMOREALIZACJA:
Ten rok będzie rokiem wiedzy. W planach, które zrobiłam, mam zaliczenie obu sesji w pierwszych terminach, dostanie stypendium na jednym z kierunków, zorganizowanie dla siebie badań naukowych, co pozwoli mi wyjechać na jedną lub dwie konferencje naukowe.
W głowie mam także plan umocnienia swoich stref eksperckich i pracę nad pewnością siebie, ale także zrobienie prawa jazdy, naukę francuskiego, angielskiego i rosyjskiego, o której już totalnie zapomniałam.
Mam zamiar się także nagradzać za pozytywnie zrealizowane projekty. Kiedyś przeczytałam, że bez nagród łatwo wejść w rytm praca-praca-praca, który wyniszcza i prowadzi do frustracji i zgadzam sie z tym w 100%.
NAWYKI I ZMIANY:
W tym roku postanowiłam, że każde swoje noworoczne postanowienie będę traktować jak konkretny projekt do zrealizowania, co oznacza, że każde z tych postanowień dzielimy na podzadania, które mamy wykonać w określonym czasie. Ale nie robię szczegółowych planów dziennych - wręcz przeciwnie - ustalam dead line dla każdego z zadań i staram się wyrobić w czasie pamiętając, że każdy wysiłek, którego się podejmę by doprowadzić zadanie do końca, zbliża mnie do osiągnięcia wymarzonego celu.
Jak wspominałam w poprzednim poście - w 2012 roku udało mi się zrealizować niewiele rzeczy, ale o bardzo dużym znaczeniu dla mnie. Spełniło się też jedno moje marzenie - po raz pierwszy w życiu, po 22 latach nie posiadania choćby własnego kącika w domu, mam własny pokój!
JA:
Rok 2012 był dla mnie jednak rokiem, w którym ciągle oglądałam się za siebie. Nie z powodu strachu - żeby mnie wystraszyć potrzeba naprawdę wiele, ale z powodu innych. W zasadzie patrzę za siebie od kiedy pamiętam. Kocham swoją rodzinę i partnera, ale naprawdę mam już dość podporządkowywania decyzji pod plany innych. Dlatego Nowy Rok będzie moim rokiem. Wreszcie dojrzałam do tego, by być zdrową egoistką. Postanowiłam, że na decyzje, jakie będę podejmować nie będzie wpływać moja rodzina, ani plany mojej matki.
W tym roku dwa razy prawie popełniłam ogromny błąd - prawie nie wyjechałam na praktyki, o które długo walczyłam, bo psuły mojej matce wizję jej wakacji i byłam o krok od postanowienia o nieaplikowaniu na drugi kierunek, bo mojej mamie nie podobała się wizja mnie studiującej dwa kierunki. Na szczęście w porę uświadomiłam sobie jaki błąd bym popełniła, gdybym nie spróbowała czy nie pojechała. Dlatego postanowiłam, że teraz czas na mnie.
STUDIA / SAMOREALIZACJA:
Ten rok będzie rokiem wiedzy. W planach, które zrobiłam, mam zaliczenie obu sesji w pierwszych terminach, dostanie stypendium na jednym z kierunków, zorganizowanie dla siebie badań naukowych, co pozwoli mi wyjechać na jedną lub dwie konferencje naukowe.
W głowie mam także plan umocnienia swoich stref eksperckich i pracę nad pewnością siebie, ale także zrobienie prawa jazdy, naukę francuskiego, angielskiego i rosyjskiego, o której już totalnie zapomniałam.
Mam zamiar się także nagradzać za pozytywnie zrealizowane projekty. Kiedyś przeczytałam, że bez nagród łatwo wejść w rytm praca-praca-praca, który wyniszcza i prowadzi do frustracji i zgadzam sie z tym w 100%.
NAWYKI I ZMIANY:
W roku 2013 będę starała się robić wszystko, aby każdego dnia, bez względu na sytuację, zbliżać się w stronę osiągnięcia swoich marzeń i celów. Chcę, aby każdy dzień stał się efektywny nawet, jeżeli nie będę w najlepszej formie. Przemiany,które zaplanowałam na ten rok dotyczą moich planów dnia, wizji nauki, organizacji czasu i wcześniejszego wstawania.
PASJA:
Prawie cały 2012 rok nie myślałam nawet o słowie pasja. Zapomniałam o tym, czym jest pasja, jakie pasje miałam kiedyś. Przez nawał pracy i (jak w punkcie pierwszym) zajmowanie się problemami innych. Dlatego postanowiłam, że ten rok będzie pełen pasji. Chcę wrócić do tego, co naprawdę lubię i co sprawia mi największą przyjemność (poza nauką i pracami w laboratorium, ale z tym nie da się już nic zrobić, pracoholizmu nie wyleczę). Mam więc zamiar skupić się na kilku rzeczach, które uważam za swoje pasje.
- sport - uwielbiam sport! Co prawda nie startuję w zawodach i nie jestem w żadnej sekcji uczelnianej, ale siłownia i zajęcia fitness przynoszą mi naprawdę dużą radość. Niestety, od marca nie byłam na siłowni, a moje starania ćwiczenia w domu spełzły na niczym, bo w domu ćwiczyłam może 6 razy w ciągu ostatnich 8 miesięcy. Czas na nowo rozruszać mięśnie i dlatego od nowego roku mam zamiar chodzić na siłownię chociaż 2 razy w tygodniu. Mam też zamiar 2 razy w tygodniu ćwiczyć w domu. I zamierzam znów wrócić do ćwiczenia jogi - uwielbiam te relaksująco-rozciągające ćwiczenia. Z powrotem do ćwiczenia jogi wiąże się też chęć nauczenia się zrobienia szpagatu.
- książki - Czytanie kochałam zawsze. Od kiedy pamiętam czytałam bardzo dużo, w każdej wolnej chwili. Zmieniło się to z momentem przyjścia na studia. Przez pierwszy rok w ogóle nie czytałam, w kolejnych latach czytałam sporadycznie - po 2-3 książki na rok. Mniej więcej rok temu powróciłam do swojej wielkiej pasji i znów pochłaniam książki na potęgę. Mam kilka pozycji, które mam zamiar przeczytać w Nowym Roku - między innymi Mistrza i Małgorzatę, 50 twarzy Graya i Gdzie pada jabłko.
- kino - nie widziałam bardzo wielu (starszych i nowszych) kultowych filmów, przez co moi znajomi często ze śmiechem porównują mnie z dr Brennan, bo naprawdę często wypowiadam w towarzystwie chyba najsłynniejszą jej sentencję "Nie wiem co to znaczy". Dlatego w tym roku postanowiłam nadgonić kinowe braki i obejrzeć między innymi serię Władcy Pierścieni, Gwiezdnych Wojen, Piękny umysł i kilkanaście innych filmów, które są klasyką kina.
MARZENIA:
Postanowiłam spełnić także swoje egoistyczne marzenia i zaspokoić swoją potrzebę konsumpcjonizmu. Marzy mi się czytnik e-booków lub tablet, smartfon, nowy laptop, ponieważ notebook z którego do Was piszę niestety po 6 latach użytkowania zacina się, mam spory problem z monitorem, ponieważ przy niektórych jego ustawieniach jest żółty, a bateria już totalnie padła, więc muszę mieć go permanentnie podpiętego do prądu. Bardzo chciałabym też kupić klasyczną czarną pojemną torebkę, której bardzo brakuje mi w mojej szafie.
NIEZALEŻNOŚĆ FINANSOWA:
Od stycznia 2013 roku mam zamiar zacząć regularnie odkładać pieniądze oraz spłacać moją kartę kredytową. W jaki sposób? Po pierwsze - mam zamiar założyć konto oszczędnościowe lub lokatę i odkładać 10% każdej kwoty, która wpłynie na moje konto - niezależnie od tego, czy będzie to wypłata czy prezent od babci. Po roku, pieniądze te przeznaczę na różne cele, między innymi na wymianę opon w samochodzie czy opłacenie ubezpieczenia auta, ale także na przyjemności, takie jak wakacje czy nowa sukienka. Faktem jest, że 10% to nie dużo, więc nie poczuję tej sumy, a każda kwota, przeznaczona 'na czarną godzinę' jest przydatna. Po drugie co tydzień mam zamiar odkładać do dużego słoika 10 złotych. W połowie grudnia mam zamiar słoik otworzyć i za zebrane przez rok pieniądze kupić prezenty świąteczne dla bliskich. Po trzecie - do (kolejnego) dużego słoika mam zamiar wrzucać wszystkie drobne - zazwyczaj wydaję je na głupoty, np. gazetę, w której nie ma nic poza obrazkami i po dokładnym przejrzeniu tej gazety jestem zła na siebie, że ją kupiłam. Nie będą to duże kwoty, ale kiedy słoik się zapełni mam zamiar przeliczyć pieniądze, które się w nim znajdą i przeznaczyć je na jakąś małą przyjemność dla samej siebie :)
Kolejną rzeczą związaną z oszczędzaniem będzie kupienie kubka termoizolacyjnego, aby oszczędzić pieniądze wydawane na gorące napoje i zacznę przyrządzać wieczorem smaczne przekąski do zabrania do pracy lub na uczelnię.
Jak napisałam we wstępie, swoje cele na rok 2013 traktuję jak projekty do zrealizowania. W osobnym poście pokażę Wam, w jaki sposób podzieliłam swoje plany na pojedyncze zadania, a w ciągu roku będę na bieżąco informować o postępach w ich realizacji.
wtorek, listopada 13
Jesienny blues - i co dalej?
Będę szczera - ostatnio mój nastrój nie jest najlepszy, tak samo zresztą jak moja forma psychiczna. Dopadł mnie tak zwany 'jesienny blues' albo coś w tym stylu. Wszystkie projekty, które miałam zacząć realizować poszły chwilowo w kąt, moje zorganizowanie sięgnęło zera, z porannego wstawania chwilowo nici...
W październiku i na początku listopada miałam kilka nieprzyjemnych sytuacji na uczelni i w pracy i chyba od tego się zaczęło. Na początku nie dawałam za wygraną, starałam się nie dać temu, co działo się w mojej głowie, ale z czasem i narastającymi problemami dałam za wygraną. Ale od początku.
Pod koniec października rzuciłam pracę. Nie chcę ujawniać tutaj zbyt wiele, ale od czasu zmiany kierownika w pracy zaczęło się dziać coraz gorzej - łamano prawa klienta ale także prawa pracownika - między innymi skrócono nam przerwę z pół godzinnej, czyli takiej jaką miałam wpisaną w umowę na 15-minutową, ponieważ... pół godziny to zdecydowanie za dużo, gdy pracujemy po 12 godzin. Dodatkowo zabroniono nam wychodzić poza salon w czasie przerwy w razie, gdyby okazało się, że jesteśmy potrzebne w salonie. Dla niewtajemniczonych w prawa pracownika - każdy ma w czasie przerwy prawo robić co chce - może chodzić na papierosa, pójść na zakupy czy zwyczajnie iść na krótki spacer żeby się dotlenić. To tylko kilka sytuacji, o innych pisać nie mam zamiaru, bo to nie jest odpowiednie miejsce.
Mam nową pracę, niestety za mniejsze pieniądze i umowę zlecenie, ale liczę na to, że w międzyczasie znajdę coś na umowę o pracę.
Co prawda są też plusy tej sytuacji - grafik zależy tak naprawdę ode mnie, pracuję tyle godzin tygodniowo ile mogę, praca nie koliduje ze studiami. Ale mimo to moja szklanka stała się do połowy pusta, a nie do połowy pełna, jak było zazwyczaj.
Teraz jest już lepiej, dzięki trzydniowemu wyjazdowi doładowałam baterie. Co prawda potrzebuję jeszcze chwili by naładować je do pełna, ale wracam do świata i do swoich projektów.
Przede wszystkim chcę się teraz - po raz kolejny - skupić na wczesnym wstawaniu i powrocie do dawnej organizacji czasu. Tak więc znowu zaczynam prowadzić dziennik aktywności żeby zobaczyć co zabiera mi czas, który jeszcze dwa tygodnie temu miałam, a teraz mi go brakuje.
Poza tym czas nadrobić wszystkie zaległości na studiach.
Daję sobie na to wszystko czas do poniedziałku. Wiem, że to mało czasu, bo tylko 6 dni, ale wiem również, że im więcej do zrobienia w krótkim czasie, tym lepiej człowiek potrafi się zorganizować. Wyniki tych działań mam zamiar przedstawić tutaj, w poniedziałek właśnie. Co dokładnie mam zamiar zrealizować?
1. Wrócić do wczesnego wstawania.
2. Wrócić do porannej i wieczornej rutyny, o których ostatnio zapomniałam.
3. Nadrobić zaległości na studiach.
4. Na nowo się zorganizować.
5. Zamieścić tutaj 2 wpisy, które zaczęłam przygotowywać, ale ich zamieszczenie przerwała mi moja chandra.
Podsumowanie - w poniedziałek.
Trzymajcie kciuki!
W październiku i na początku listopada miałam kilka nieprzyjemnych sytuacji na uczelni i w pracy i chyba od tego się zaczęło. Na początku nie dawałam za wygraną, starałam się nie dać temu, co działo się w mojej głowie, ale z czasem i narastającymi problemami dałam za wygraną. Ale od początku.
Pod koniec października rzuciłam pracę. Nie chcę ujawniać tutaj zbyt wiele, ale od czasu zmiany kierownika w pracy zaczęło się dziać coraz gorzej - łamano prawa klienta ale także prawa pracownika - między innymi skrócono nam przerwę z pół godzinnej, czyli takiej jaką miałam wpisaną w umowę na 15-minutową, ponieważ... pół godziny to zdecydowanie za dużo, gdy pracujemy po 12 godzin. Dodatkowo zabroniono nam wychodzić poza salon w czasie przerwy w razie, gdyby okazało się, że jesteśmy potrzebne w salonie. Dla niewtajemniczonych w prawa pracownika - każdy ma w czasie przerwy prawo robić co chce - może chodzić na papierosa, pójść na zakupy czy zwyczajnie iść na krótki spacer żeby się dotlenić. To tylko kilka sytuacji, o innych pisać nie mam zamiaru, bo to nie jest odpowiednie miejsce.
Mam nową pracę, niestety za mniejsze pieniądze i umowę zlecenie, ale liczę na to, że w międzyczasie znajdę coś na umowę o pracę.
Co prawda są też plusy tej sytuacji - grafik zależy tak naprawdę ode mnie, pracuję tyle godzin tygodniowo ile mogę, praca nie koliduje ze studiami. Ale mimo to moja szklanka stała się do połowy pusta, a nie do połowy pełna, jak było zazwyczaj.
Teraz jest już lepiej, dzięki trzydniowemu wyjazdowi doładowałam baterie. Co prawda potrzebuję jeszcze chwili by naładować je do pełna, ale wracam do świata i do swoich projektów.
Przede wszystkim chcę się teraz - po raz kolejny - skupić na wczesnym wstawaniu i powrocie do dawnej organizacji czasu. Tak więc znowu zaczynam prowadzić dziennik aktywności żeby zobaczyć co zabiera mi czas, który jeszcze dwa tygodnie temu miałam, a teraz mi go brakuje.
Poza tym czas nadrobić wszystkie zaległości na studiach.
Daję sobie na to wszystko czas do poniedziałku. Wiem, że to mało czasu, bo tylko 6 dni, ale wiem również, że im więcej do zrobienia w krótkim czasie, tym lepiej człowiek potrafi się zorganizować. Wyniki tych działań mam zamiar przedstawić tutaj, w poniedziałek właśnie. Co dokładnie mam zamiar zrealizować?
1. Wrócić do wczesnego wstawania.
2. Wrócić do porannej i wieczornej rutyny, o których ostatnio zapomniałam.
3. Nadrobić zaległości na studiach.
4. Na nowo się zorganizować.
5. Zamieścić tutaj 2 wpisy, które zaczęłam przygotowywać, ale ich zamieszczenie przerwała mi moja chandra.
Podsumowanie - w poniedziałek.
Trzymajcie kciuki!
sobota, października 6
Jest tak mądra, że mogłaby być brzydka, czyli czy kobieta inteligentna może być jednocześnie atrakcyjna?
Uwielbiam obserwować ludzi, subkultury i poznawać struktury i zasady zachowania w nowych kulturach. To niesamowite, jak odmienne może być zdanie na ten sam temat chociażby osoby mieszkającej nad morzem i górala, nie mówiąc już o innym podejściu do życia hippisa i popularnie zwanego 'dresa'. Mimo tej odmienności poglądowo-wyglądowej wszyscy mamy te same przekonania na temat niektórych zachowań czy schematów.
Dziś chciałabym się skupić na jednym, któremu poświęciłam ostatnio dość dużo czasu - atrakcyjności kobiety.
Niestety, w pewnych kręgach kulturowych zwykło się uważać, że inteligencja nie może iść w parze z atrakcyjnością fizyczną. Co prawda im dalej na zachód, tym bardziej światopogląd ten ginie i tę zależność wykorzystują między sobą głównie zazdrosne koleżanki. Stety czy nie, ale w naszym rejonie świata ten stereotyp ma bardzo głębokie korzenie. Nie mam pojęcia, czy to ze względu na typową słowiańską zawiść i pesymizm, ale wydaje mi się, że jedno może mieć bardzo duży wpływ na drugie.
Nie raz słyszałam od profesorów: 'szkoda, że nie przygotowała się Pani na zajęcia tak ładnie jak do dzisiejszego wyjścia z domu' w kierunku moim, czy moich koleżanek. Zazwyczaj ta sytuacja nie miała nic wspólnego z ich nieprzygotowaniem, po prostu część profesorów wyznaje zasadę 'jesteś ładna, znaczy że masz pusto w głowie' .
Czy to, że kobieta dba o wygląd jest oznaką jej głupoty? Czy kobieta, chcąc wyglądać atrakcyjnie pozbawia się inteligencji? Nie. I mimo, że większość z nas zna tę obiektywną prawdę, to jednak nie raz słyszę, nawet od osób w moim wieku, że 'tamta blondzia' to pewnie pusta blachara.
Osobiście zmagałam się z problemem zaszufladkowania nie raz. Nie tylko w sposób taki, jak opisany przeze mnie w poprzednim poście.
Czy założenie 'ładna znaczy głupia' nie godzi w poziom inteligencji danej osoby? Idąc tym założeniem, poprawnym jest myśleć, że przystojny mężczyzna to amant, który jest jak ptaszek - tu poleci, tam przeleci i odleci. A znam wielu bardzo przystojnych mężczyzn, którzy świata nie widzą poza swoimi kobietami i - można powiedzieć dość kolokwialnie - są wręcz wykastrowani na piękno innych kobiet. Oczywiście, zdarzają się 'przypadki', gdy przystojny mężczyzna za miarę swej męskości uważa ilość kobiet, z którymi spędził noce, ale ogólne założenie, że wszyscy mężczyźni są tacy sami jest bardzo krzywdzące dla panów. I podobnie jest z kobietami - zdarzają się ewenementy, co nie oznacza, że piękna kobieta ma w głowie pstro.
Od pewnego czasu zastanawiam się, skąd wzięło się to przekonanie. Mam dwie, może nie do końca poprawne teorie, ale wynika to z tego, co miałam okazję zaobserwować.
Wydaje mi się, że u osób ze starszego pokolenia - pokolenia, z którego jest większość naszych wykładowców - wzięło się to, ze starego przyzwyczajenia do patriarchizmu - mężczyzna w domu był najważniejszy, miał ostatnie zdanie i był też najmądrzejszy. To on zarabiał na rodzinę. A kobieta? Kobieta nie musiała być dobrze wykształcona, jej zadaniem było prowadzić dom, dobrze gotować i pełnić rolę ozdobną u boku męża. Z tego właśnie powodu w tamtych czasach na studia zdawali głównie mężczyźni, kobiet które studiowały było znacznie mniej.
A co z drugą teorią? Druga teoria dotyczy mężczyzn naszego pokolenia, naszych rówieśników. W skrócie można tę teorię przedstawić jednym zdaniem - czasy się zmieniają, ale mężczyźni nie. Dlaczego? Kobiety inteligentne, atrakcyjne i seksowne wywołują u mężczyzn zagrożenie. Nawet jeśli nie są z nią w stałym związku, a jedynie z nimi pracują i tak chcą być lepsi. Podświadomie myślą, że jeśli jest inteligentna, musi być stale czujny, żeby nie wyjść na idiotę. W dodatku też powinien dążyć do sukcesu, żeby nie zostać w tyle. To jest chyba wyryte gdzieś w najstarszej części kory mózgowej mężczyzny jako pozostałość po jaskiniowcach i nie da się tego wytępić. A co jeżeli jest z takową w związku? Do wszystkich tych poprzednich punktów dochodzą jeszcze inne 'zagrożenia' - atrakcyjna, a więc pewnie kręcą się wokół niej inni adoratorzy. Seksowna, a więc będzie musiał zaspokoić jej temperament seksualny. Dlatego większość mężczyzn boi się z nimi wiązać i najlepiej jest je zaszufladkować, po trosze dlatego żeby nie kusiło, ale także po to, żeby uspokoić w sobie wewnętrznego jaskiniowca, że inteligentna kobieta nie stanowi zagrożenia.
Teraz trzeba odpowiedzieć sobie tylko na jedno pytanie - czy to naprawdę jest konieczne? Czy naprawdę nie możemy przyjąć, że piękna kobieta może być inteligentna? Przecież żaden kodeks pracy ani statut uczelniany nie zabrania kobiecie wyrzekać się swojej seksualności i piękna tylko po to, by udowodnić swoją wiedzę.
Dziewczyny, pokażcie światu, że możecie być jednocześnie piękne i inteligentne! I nie dajcie się nędznym gadkom czy szufladkowaniu. Bo nie po to mamy równouprawnienie, żeby ktoś na rzecz wiedzy zabierał nam urodę. I odwrotnie.
Dziś chciałabym się skupić na jednym, któremu poświęciłam ostatnio dość dużo czasu - atrakcyjności kobiety.
Niestety, w pewnych kręgach kulturowych zwykło się uważać, że inteligencja nie może iść w parze z atrakcyjnością fizyczną. Co prawda im dalej na zachód, tym bardziej światopogląd ten ginie i tę zależność wykorzystują między sobą głównie zazdrosne koleżanki. Stety czy nie, ale w naszym rejonie świata ten stereotyp ma bardzo głębokie korzenie. Nie mam pojęcia, czy to ze względu na typową słowiańską zawiść i pesymizm, ale wydaje mi się, że jedno może mieć bardzo duży wpływ na drugie.
Nie raz słyszałam od profesorów: 'szkoda, że nie przygotowała się Pani na zajęcia tak ładnie jak do dzisiejszego wyjścia z domu' w kierunku moim, czy moich koleżanek. Zazwyczaj ta sytuacja nie miała nic wspólnego z ich nieprzygotowaniem, po prostu część profesorów wyznaje zasadę 'jesteś ładna, znaczy że masz pusto w głowie' .
Czy to, że kobieta dba o wygląd jest oznaką jej głupoty? Czy kobieta, chcąc wyglądać atrakcyjnie pozbawia się inteligencji? Nie. I mimo, że większość z nas zna tę obiektywną prawdę, to jednak nie raz słyszę, nawet od osób w moim wieku, że 'tamta blondzia' to pewnie pusta blachara.
Osobiście zmagałam się z problemem zaszufladkowania nie raz. Nie tylko w sposób taki, jak opisany przeze mnie w poprzednim poście.
Czy założenie 'ładna znaczy głupia' nie godzi w poziom inteligencji danej osoby? Idąc tym założeniem, poprawnym jest myśleć, że przystojny mężczyzna to amant, który jest jak ptaszek - tu poleci, tam przeleci i odleci. A znam wielu bardzo przystojnych mężczyzn, którzy świata nie widzą poza swoimi kobietami i - można powiedzieć dość kolokwialnie - są wręcz wykastrowani na piękno innych kobiet. Oczywiście, zdarzają się 'przypadki', gdy przystojny mężczyzna za miarę swej męskości uważa ilość kobiet, z którymi spędził noce, ale ogólne założenie, że wszyscy mężczyźni są tacy sami jest bardzo krzywdzące dla panów. I podobnie jest z kobietami - zdarzają się ewenementy, co nie oznacza, że piękna kobieta ma w głowie pstro.
Od pewnego czasu zastanawiam się, skąd wzięło się to przekonanie. Mam dwie, może nie do końca poprawne teorie, ale wynika to z tego, co miałam okazję zaobserwować.
Wydaje mi się, że u osób ze starszego pokolenia - pokolenia, z którego jest większość naszych wykładowców - wzięło się to, ze starego przyzwyczajenia do patriarchizmu - mężczyzna w domu był najważniejszy, miał ostatnie zdanie i był też najmądrzejszy. To on zarabiał na rodzinę. A kobieta? Kobieta nie musiała być dobrze wykształcona, jej zadaniem było prowadzić dom, dobrze gotować i pełnić rolę ozdobną u boku męża. Z tego właśnie powodu w tamtych czasach na studia zdawali głównie mężczyźni, kobiet które studiowały było znacznie mniej.
A co z drugą teorią? Druga teoria dotyczy mężczyzn naszego pokolenia, naszych rówieśników. W skrócie można tę teorię przedstawić jednym zdaniem - czasy się zmieniają, ale mężczyźni nie. Dlaczego? Kobiety inteligentne, atrakcyjne i seksowne wywołują u mężczyzn zagrożenie. Nawet jeśli nie są z nią w stałym związku, a jedynie z nimi pracują i tak chcą być lepsi. Podświadomie myślą, że jeśli jest inteligentna, musi być stale czujny, żeby nie wyjść na idiotę. W dodatku też powinien dążyć do sukcesu, żeby nie zostać w tyle. To jest chyba wyryte gdzieś w najstarszej części kory mózgowej mężczyzny jako pozostałość po jaskiniowcach i nie da się tego wytępić. A co jeżeli jest z takową w związku? Do wszystkich tych poprzednich punktów dochodzą jeszcze inne 'zagrożenia' - atrakcyjna, a więc pewnie kręcą się wokół niej inni adoratorzy. Seksowna, a więc będzie musiał zaspokoić jej temperament seksualny. Dlatego większość mężczyzn boi się z nimi wiązać i najlepiej jest je zaszufladkować, po trosze dlatego żeby nie kusiło, ale także po to, żeby uspokoić w sobie wewnętrznego jaskiniowca, że inteligentna kobieta nie stanowi zagrożenia.
Teraz trzeba odpowiedzieć sobie tylko na jedno pytanie - czy to naprawdę jest konieczne? Czy naprawdę nie możemy przyjąć, że piękna kobieta może być inteligentna? Przecież żaden kodeks pracy ani statut uczelniany nie zabrania kobiecie wyrzekać się swojej seksualności i piękna tylko po to, by udowodnić swoją wiedzę.
Dziewczyny, pokażcie światu, że możecie być jednocześnie piękne i inteligentne! I nie dajcie się nędznym gadkom czy szufladkowaniu. Bo nie po to mamy równouprawnienie, żeby ktoś na rzecz wiedzy zabierał nam urodę. I odwrotnie.
czwartek, października 4
Jak się masz ślicznotko?
Już Arystoteles twierdził, że uroda człowieka jest jego najlepszą rekomendacją, ale naukowcy dopiero niedawno zajęli się badaniem konsekwencji aktywności fizycznej. Skutkiem tego jest fakt, iż więcej wiemy o rozrodzie zwierząt niż postrzeganiu siebie nawzajem. Stało się tak prawdopodobnie przez twierdzenie, że każdy człowiek może zajść daleko dzięki swojej ciężkiej pracy i wiedzy, a twierdzenie to jest sprzeczne ze stwierdzeniem, że urodziwy człowiek może więcej.
Mimo wszystko jednak zachowania zwierząt łatwiej określić niż zachowanie człowieka. Po części poprawne jest stwierdzenie "piękno tkwi w oku patrzącego", ponieważ osoby zakochane swoją drugą połówkę uważają za atrakcyjniejszą niż w rzeczywistości. Prawdą jest również że ludzie postrzegają pewne rodzaje urody i rysów twarzy za ogólnie piękne i ogólnie brzydkie. Przykładem jest Hollywood, gdzie inwestuje się pieniądze zazwyczaj w piękno, a aktorki robią wszystko by wyglądać na najpiękniejsze, bo piękno=rola.
Antropologom zazwyczaj łatwiej jest określić atrakcyjność kobiety niż mężczyzny. Jako ideał męskiej urody określa się wysokiego, muskularnego mężczyznę o sylwetce Atlasa (szeroka klatka piersiowa i wąskie biodra). U kobiet zaś jest to proporcjonalność ciała, duży biust, krągłe biodra, wąska talia i proporcjonalność rysów twarzy.
Osoby ładne uznaje się za lepsze od innych praktycznie pod każdym względem. Są uważane za bardziej spostrzegawcze, pewne siebie i zdecydowane, ale także osoby urodziwe mają wyższą samoocenę. Istnieje jeden wyjątek od tej reguły - zazdrość. Mniej urodziwe kobiety uważają ich ładniejsze koleżanki za karierowiczki, osoby głupie i próżne.
Faktem jest także, że mężczyzna widziany w towarzystwie pięknej kobiety zyskuje na atrakcyjności - podobnie jest kiedy kobieta jest w towarzystwie przystojnego mężczyzny. Analogicznie, w naszych oczach tracą osoby pokazujące się w towarzystwie mało atrakcyjnych przedstawicieli płci przeciwnej.
Faktem jest także, że uroda czasami przeszkadza. Weźmy tu świat, w którym obracam się na codzień - antropolodzy, kryminalistycy i lekarze sądowi. Ja jako drobna blondynka o w miarę regularnych i delikatnych rysach twarzy średnio wpasowuję się w 'kanon' kryminalistyczny. Często słyszę od osób, od których się uczę w ramach zdobycia dodatkowych umiejętności, że to dziwne że taka delikatna kobieta wybrała taką drogę kariery zawodowej. Nawet moi znajomi ze studiów, gdy rozmawiamy o przyszłej specjalizacji dziwią się i uważają, że to typowo męski zawód, że współpraca z policją, a dokładnie wstąpienie w szeregi policji po studiach to typowo męska rzecz. Dziwią się, kiedy opowiadam im o ASG, strzelaniu i chęci zapisania się na kurs sztuk walki - przecież kobiety nie powinny mieć kontaktu z bronią ani się bić.
Reasumując, piękny wygląd zazwyczaj otwiera przed nami wiele drzwi. Ludzie piękni cieszą się szybszym awansem społecznym i robią lepsze wrażenie na pracodawcach. Tyle, że jeżeli piękna kobieta wyłamie się z ogólnie utartego schematu ma problem, bo musi przekonać wszystkich wokół, że nie jest jedynie piękną twarzą i poradzi sobie z tym, co przecież sama sobie wybrała.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
