8.00 - jestem w połowie drogi na zajęcia. Mój kalendarz mnie przeraża. Znajomi w środę chcą zrobić parapetówkę. W środę! Kto normalny robi w środę parapetówki?!
8.35 - skąd tu tyle małych kawiarenek? Przechodzę tędy od pół roku co tydzień i do tej pory ich nie widziałam. Albo nie zwróciłam uwagi. Możliwa jest jeszcze trzecia opcja - fatamorgana, bo mój organizm naprawdę domaga się kawy, a w zasadzie nie tyle kawy co kofeiny.
8.45 - Ha! Dorwałam kawę w jednej z kawiarenek. To jednak nie fatamorgana.
9.00 - Wykładzik. Nudny jak nie wiem, ale co tydzień jest lista, no i facet naprawdę pamięta twarze, więc lepiej chodzić i się pokazywać w razie czego. Staram się słuchać. Ale tylko 10 minut, bo wyklad jest naprawdę nudny. Jedyna ciekawa rzecz? Wspomnienie w ramach dygresji o plemieniu Mohawk, którego członkowie od urodzenia są pozbawieni lęku wysokości, co obudziło we mnie antropologa. Niestety o plemieniu Mohawk było na tyle.
11.45 - zerwałam się z wykładu szybciej, bo muszę zdążyć na koło z biochemii. Teraz zaczyna się wyścig - z autobusami, tramwajami i czasem. Na szczęście udaje mi się dotrzeć na czas.
15.00 - koło było średnie. Niby nie trudne, odpowiedziałam na połowę pytań. Oczywiście musiałam, swoim standardowym szczęściem trafić na najtrudniejszy zestaw. Ale trudno.
15.30 - wreszcie w domu. Jem, ogladam głupawy film i idę spać.
17.15 - budzę się, ale nie mam siły się podnieść. Dobra, mam ale mi się nie chce.
17.30 - kąpiel przed nauką.
18.15 - czysta i pachnąca siadam do chemii.
22.00 - dzwoni Grzesiek, chce jechać na małe szybkie zakupy. No dobra, szykuję się, jedziemy.
23.00- kupiłam kilka podstawowych produktów, na wielkie zakupy nie było czasu.
24.00 - jeszcze godzinkę i spać. Panie, jak dobrze, że kolokwium jest po południu a nie z samego rana! Marzę żeby przy łożyć głowę do poduszki i zasnąć. To takie przyjemne uczucie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ambicja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ambicja. Pokaż wszystkie posty
sobota, stycznia 12
piątek, stycznia 11
Tydzień z życia - czwartek, czyli bezsenność kontrolowana.
Znów 5.30. Dziwne, nawet jestem wyspana. Obejdzie się bez kawy. Poranna toaleta, makijaż w 10 minut i śniadanie. Płatki z mlekiem - najprościej i najszybciej.
6.20 - ubieram czarny golf, dżinsy i futrzaną kamizelkę. Pakuję laptopa do torby - dziś też czas na notatki w bibliotece - sesja za pasem.
6.30 - G. wstał. Jak ja zazdroszczę mężczyznom, mogą wstać pół godziny przed wyjściem i są gotowi. Kurcze, zapomniałam, że dziś jedziemy samochodem, wstałam za wcześnie. Kładę się jeszcze na chwilę i każę się obudzić przed wyjściem.
7.25 - jedziemy razem na uczelnie. G. wysadza mnie pod moją uczelnią, żegnamy się i jedzie na swoje zajęcia.
10.20 - koniec zajęć. Biegnę do biblioteki.
14.00 - Dość fizyki na dziś. Przynajmniej w tym momencie. W domu jest jeszcze spaghetti z wczoraj. Nie muszę gotować!
15.15 - Po raz kolejny w galerii. Dlaczego tu jest ZAWSZE tyle ludzi?! Udaje mi się kupić kilka fajnych i przydatnych rzeczy - głównie klasyki, które każda z nas powinna mieć w szafie - z listy, którą zrobiłam kilka dni temu.
15.45 - Jem, oglądam program Cejrowskiego (Boże, gdyby każdy wykładowca potrafił opowiadać tak jak on nauka byłaby przyjemnością!
16.30 - Zaglądam do kalendarza i jeży mi się włos na głowie. Piątek - kolokwium, sobota - kolokwium, poniedziałek - 3 kolokwia, wtorek - kolokwium + ćwiczenia + odpowiedź ustna, środa - zaliczenie dwóch przedmiotów + ćwiczenia + poprawa 2 kolokwiów z matmy, czwartek - ćwiczenia, egzamin, zaliczenie, piątek - kolokwium, ćwiczenia, odpowiedź ustna. I tak przez 3 tygodnie. Kiedy ja się tego wszystkiego nauczę? Weekend jest zbyt krótki, jeszcze to kolokwium w sobotę.
Trzeba umówić się na inny termin czwartkowego egzaminu, albo chociaż na późniejszą godzinę, koniecznie - odbywa się w trakcie ćwiczeń, nie jestem w stanie na niego pójść. Cholera, a gdzie czas na zajęcie się domem?
17.00 - biochemia wzywa i już wiem, że dzisiejszej nocy nie będzie dane mi spać. Strayer to najbardziej kanciasty facet jaki był w moim łóżku - zdecydowanie.
21.00 - mózg zaraz mi wybuchnie. Istota szara już dawno poszła stać, neurony zaczynają strajk i grożą, że nie będą przesyłać więcej impulsów, więc negocjujemy. Pół godziny przerwy, energetyk i coś słodkiego? Nie, ich postulaty przewidują dłuższą przerwę, spacer i porządny posiłek. Ponieważ zakupy planowałam na sobotnie popołudnie w lodówce nie mam zbyt wiele by szybko wyczarować jakieś jedzenie. Mam ogromną ochotę na sałatkę grecką. Ratuje nas Tesco, otwarte do północy. Jedziemy, kupujemy wszystko, czego nam potrzeba, wracamy. Udaje mi się jeszcze chwilę przespacerować.
22.00 - jedzenie, głupi serial na którym nie trzeba myśleć i jestem jak nowo narodzona.Czas wracać do nauki.
04.00 - nie mam już siły. Mózg mi się zlansował. Niby wszystko umiem, bo to przecież logiczne, ale ciągle się boję, że o czymś zapomnę. Idę wziąć kąpiel, a potem przygotować się do dzisiejszego dnia.
06.00 - jestem gotowa, wyglądam (szkoda że tylko wyglądam) na wypoczętą, zjadłam śniadanie i wypiłam 2 kawy. Mój dzień trwa zdecydowanie zbyt długo. Po powrocie z koła zarządzam spanie przez 3 godziny, a potem naukę do sobotniego kolokwium (kolokwium w sobotę na dziennych - kto to widział!)
6.20 - ubieram czarny golf, dżinsy i futrzaną kamizelkę. Pakuję laptopa do torby - dziś też czas na notatki w bibliotece - sesja za pasem.
6.30 - G. wstał. Jak ja zazdroszczę mężczyznom, mogą wstać pół godziny przed wyjściem i są gotowi. Kurcze, zapomniałam, że dziś jedziemy samochodem, wstałam za wcześnie. Kładę się jeszcze na chwilę i każę się obudzić przed wyjściem.
7.25 - jedziemy razem na uczelnie. G. wysadza mnie pod moją uczelnią, żegnamy się i jedzie na swoje zajęcia.
10.20 - koniec zajęć. Biegnę do biblioteki.
14.00 - Dość fizyki na dziś. Przynajmniej w tym momencie. W domu jest jeszcze spaghetti z wczoraj. Nie muszę gotować!
15.15 - Po raz kolejny w galerii. Dlaczego tu jest ZAWSZE tyle ludzi?! Udaje mi się kupić kilka fajnych i przydatnych rzeczy - głównie klasyki, które każda z nas powinna mieć w szafie - z listy, którą zrobiłam kilka dni temu.
15.45 - Jem, oglądam program Cejrowskiego (Boże, gdyby każdy wykładowca potrafił opowiadać tak jak on nauka byłaby przyjemnością!
16.30 - Zaglądam do kalendarza i jeży mi się włos na głowie. Piątek - kolokwium, sobota - kolokwium, poniedziałek - 3 kolokwia, wtorek - kolokwium + ćwiczenia + odpowiedź ustna, środa - zaliczenie dwóch przedmiotów + ćwiczenia + poprawa 2 kolokwiów z matmy, czwartek - ćwiczenia, egzamin, zaliczenie, piątek - kolokwium, ćwiczenia, odpowiedź ustna. I tak przez 3 tygodnie. Kiedy ja się tego wszystkiego nauczę? Weekend jest zbyt krótki, jeszcze to kolokwium w sobotę.
Trzeba umówić się na inny termin czwartkowego egzaminu, albo chociaż na późniejszą godzinę, koniecznie - odbywa się w trakcie ćwiczeń, nie jestem w stanie na niego pójść. Cholera, a gdzie czas na zajęcie się domem?
17.00 - biochemia wzywa i już wiem, że dzisiejszej nocy nie będzie dane mi spać. Strayer to najbardziej kanciasty facet jaki był w moim łóżku - zdecydowanie.
21.00 - mózg zaraz mi wybuchnie. Istota szara już dawno poszła stać, neurony zaczynają strajk i grożą, że nie będą przesyłać więcej impulsów, więc negocjujemy. Pół godziny przerwy, energetyk i coś słodkiego? Nie, ich postulaty przewidują dłuższą przerwę, spacer i porządny posiłek. Ponieważ zakupy planowałam na sobotnie popołudnie w lodówce nie mam zbyt wiele by szybko wyczarować jakieś jedzenie. Mam ogromną ochotę na sałatkę grecką. Ratuje nas Tesco, otwarte do północy. Jedziemy, kupujemy wszystko, czego nam potrzeba, wracamy. Udaje mi się jeszcze chwilę przespacerować.
22.00 - jedzenie, głupi serial na którym nie trzeba myśleć i jestem jak nowo narodzona.Czas wracać do nauki.
04.00 - nie mam już siły. Mózg mi się zlansował. Niby wszystko umiem, bo to przecież logiczne, ale ciągle się boję, że o czymś zapomnę. Idę wziąć kąpiel, a potem przygotować się do dzisiejszego dnia.
06.00 - jestem gotowa, wyglądam (szkoda że tylko wyglądam) na wypoczętą, zjadłam śniadanie i wypiłam 2 kawy. Mój dzień trwa zdecydowanie zbyt długo. Po powrocie z koła zarządzam spanie przez 3 godziny, a potem naukę do sobotniego kolokwium (kolokwium w sobotę na dziennych - kto to widział!)
piątek, października 21
Czy jest coś lepszego niż kalendarz?
Mogłoby się wydawać, że odpowiedź na powyższe pytanie brzmi - nie. Moim zdaniem jednak jest coś lepszego niż klasyczny kalendarz. Próbowałam już różnych metod i rodzajów kalendarzy by lepiej się zorganizować i nie zapomnieć o niczym ważnym.
Przez pewien czas używałam kalendarza google, ale nie był on dla mnie zbyt komfortowy. Po pierwsze dlatego, że jego głównym założeniem jest planowanie co do godziny, poza tym trudno mi było go wydrukować w takiej formie, jakiej oczekiwałam. Kalendarz noszony w torebce też średnio spełnia swoje zadanie-nie zawsze do niego zaglądam, a raczej mówiąc szczerze - zaglądam do niego tylko jak mi się przypomni. Częściej zaglądam do swojego notesu, bo w nim mam zapisane wszystkie dane dotyczące zajęć, tego co trzeba na nie przygotować, wyniki reakcji labolatoryjnych itp. Jednak on też miał swoją wadę - nie był przejrzysty - moje spisane plany na tydzień/dzień mieszały się z wynikami reakcji i innymi ważnymi zapiskami.
Dlatego też postanowiłam sama rozwiązać problem - w programie Excel zrobiłam tabelę, ponumerowałam i wpisałam wszystko czego potrzebowałam dzieląc kategorie na dom, studia, samorozwój, czas wolny, dodatkowe i koła naukowe. I to jest rzecz, która sprawdza się u mnie jak nic innego - jeden arkusz wisi na mojej tablicy przy biurku, drugi arkusz wydrukowałam i włożyłam do notesu, a trzeci - wklejam tutaj, żeby podzielić się z Wami swoim pomysłem i przy okazji mieć większą motywację do pracy - w końcu widzicie ile mam w planach i zobaczycie też co mi się udało a co nie..
Poza tym możecie zauważyć małą zmianę na blogu. Przede wszystkim po lewej stronie bloga, zaraz nad archiwum wkleiłam linki do książek, które chcę przeczytać, mojego kalendarza i listy 'things to do before I die' - możecie na bieżąco śledzić moje postępy i poczynania na tym polu. Plusem jest dla mnie też dodatkowa motywacja, którą mam dzięki temu, że śledzicie moje postępy. Niedługo pojawią się też inne linki - między innymi do nauki języków obcych i recenzji książek i filmów, które udało mi się przeczytać/obejrzeć.
Wracając jednak do mojego kalendarza-notatnika wygląda to następująco:
Przez pewien czas używałam kalendarza google, ale nie był on dla mnie zbyt komfortowy. Po pierwsze dlatego, że jego głównym założeniem jest planowanie co do godziny, poza tym trudno mi było go wydrukować w takiej formie, jakiej oczekiwałam. Kalendarz noszony w torebce też średnio spełnia swoje zadanie-nie zawsze do niego zaglądam, a raczej mówiąc szczerze - zaglądam do niego tylko jak mi się przypomni. Częściej zaglądam do swojego notesu, bo w nim mam zapisane wszystkie dane dotyczące zajęć, tego co trzeba na nie przygotować, wyniki reakcji labolatoryjnych itp. Jednak on też miał swoją wadę - nie był przejrzysty - moje spisane plany na tydzień/dzień mieszały się z wynikami reakcji i innymi ważnymi zapiskami.
Dlatego też postanowiłam sama rozwiązać problem - w programie Excel zrobiłam tabelę, ponumerowałam i wpisałam wszystko czego potrzebowałam dzieląc kategorie na dom, studia, samorozwój, czas wolny, dodatkowe i koła naukowe. I to jest rzecz, która sprawdza się u mnie jak nic innego - jeden arkusz wisi na mojej tablicy przy biurku, drugi arkusz wydrukowałam i włożyłam do notesu, a trzeci - wklejam tutaj, żeby podzielić się z Wami swoim pomysłem i przy okazji mieć większą motywację do pracy - w końcu widzicie ile mam w planach i zobaczycie też co mi się udało a co nie..
Poza tym możecie zauważyć małą zmianę na blogu. Przede wszystkim po lewej stronie bloga, zaraz nad archiwum wkleiłam linki do książek, które chcę przeczytać, mojego kalendarza i listy 'things to do before I die' - możecie na bieżąco śledzić moje postępy i poczynania na tym polu. Plusem jest dla mnie też dodatkowa motywacja, którą mam dzięki temu, że śledzicie moje postępy. Niedługo pojawią się też inne linki - między innymi do nauki języków obcych i recenzji książek i filmów, które udało mi się przeczytać/obejrzeć.
Wracając jednak do mojego kalendarza-notatnika wygląda to następująco:
Zachęcam Was, żebyście same spróbowały zrobić taki kalendarz - jest bardzo łatwy do wykonania, a przez podział dnia na 'części' łatwiej jest się zorganizować. A jakie sa Wasze najlepsze sposoby na organizację dnia/tygodnia?
Miłego weekendu!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

