Dzisiaj chciałabym napisać Wam o czymś, o czym słyszałam już dawno temu, ale dopiero dzisiaj uświadomiłam sobie, że powinnam zacząć wprowadzać to w życie. Zainspirowana wpisem Ani z bloga Ania maluje postanowiłam nazwać miesiąc styczeń miesiącem zjadania żab.
Nie mam tu na myśli kuchni francuskiej, z resztą moi znajomi śmieją się, że żaba to chyba jedno z nielicznych dań, których nie wzięłabym do ust. W sumie mają rację - sama kiedyś stwierdziłam, że nie mam zamiaru jeść tego, co preparuję i na czym ćwiczę na zajęciach, a żaba jest jednym ze zwierząt, z którymi miałam przyjemność współpracować podczas swoich studiów.
Mianowicie stwierdzenie "zjedz żabę" oznacza zrobienie trudnej rzeczy, za którą nie możemy się zabrać przez dłuższy czas, od razu.
W zeszłym tygodniu opisywałam Wam swój tydzień. Zrobiłam dużo, ale były to rzeczy, których potrzebowałam na bieżąco. Nie zamknęłam w tym czasie ani jednej sprawy, która ciąży nade mną od dłuższego czasu. Nie zjadłam ani jednej żaby.
Założę się, że każdy z nas ma kilka żab, które nie chcą przejść przez gardło. Sama mam ich kilkanaście. Z tego powodu często czuję się nieporadna. Ale postanowiłam, że nie będzie tak więcej. W styczniu mam więc zamiar zjeść wszystkie żaby. Na pierwszy ogień pójdzie dokończenie pozwu i złożenie go do sądu, bo jest to rzecz, która ciąży nade mną najdłużej.
Następne w kolejce będzie zrobienie zaległych notatek z wszystkich przedmiotów i zaliczenie kilku przedmiotów, za które nie mogłam się zabrać w grudniu. Pod koniec miesiąca powiem Wam, jak poszło zjadanie moich żab. Kto je ze mną?
poniedziałek, stycznia 14
niedziela, stycznia 13
Tydzień z życia - podsumowanie.
Pisanie codziennie o swoim tygodniu było swego rodzaju... eksperymentem. Chciałam zobaczyć, czy uda mi się wywiązać z obietnicy i jak wiele uda mi się zrobić w tym tygodniu. Chciałam mieć to wszystko zapisane, żeby móc sprawdzić swoją efektywność. Zastanawiałam się także, jak Wy na to zareagujecie, w końcu to blog o tematyce rozwojowej, nie lifestylowej.
Jakie są moje przemyślenia po tym tygodniu?
Zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo jestem efektywna. Plan był taki - żyć dalej jak dotychczas i zobaczyć jak wiele mi się uda. I powiem Wam, sama nie myślałam, że uda się aż tyle. Blog częściowo pomógł mi, bo motywował mnie do zrobienia niektórych rzeczy. Mam w planach powtarzać te 'tygodnie z życia' co jakiś czas. Ale na razie możecie odetchnąć - w najbliższym czasie mam zamiar nadrobić artykuły na temat samorozwoju, organizacji pracy, szybkiej nauki i motywacji. Nie będzie mnie tutaj aż tak dużo jak w ostatnim tygodniu, ale artykuły, które planuję dla Was napisać wymagają sporego nakładu pracy w przeciwieństwie do spisywania tego, co działo się danego dnia.
Udało się:
- Napisane 3 kolokwia
- 30 godzin spędzonych na nauce
- małe zakupy ubraniowe
- wypracowałam poranne i wieczorne nawyki
Nie udało się:
- załatwić jednej sprawy urzędowej
- ćwiczenia - zdecydowanie olałam je w tym tygodniu, a to źle, bo moje ciało zaczyna marudzić
W weekend przede mną:
zakupy, pranie, prasowanie i sprzątanie, czyli to, na co totalnie nie zwracałam uwagi w tym tygodniu, a także nauka - w poniedziałek przede mną 2 kolokwia, a wtorek wcale nie jest lepszy.
W kolejnym tygodniu przede mną:
- 11 kolokwiów
- 4 zaliczenia ćwiczeń
- 4 zaległe kartkówki
- oddanie zeszytu z rysunkami z anatomii
Co mam w planach teraz?
Wyspać się. A chwilę później realizować kolejne punkty planu. W praktyce - zamierzam wstać jak najwcześniej, zebrać się i usiąść do nauki. W południe zakupy, potem korki z matmy, a po powrocie do domu pranie, sprzątanie, prasowanie i dalsza nauka. Nie wiem, czy uda mi się pospać chociaż godzinę.
sobota, stycznia 12
Dzień z życia - piątek, marnego weekendu początek
8.00 - jestem w połowie drogi na zajęcia. Mój kalendarz mnie przeraża. Znajomi w środę chcą zrobić parapetówkę. W środę! Kto normalny robi w środę parapetówki?!
8.35 - skąd tu tyle małych kawiarenek? Przechodzę tędy od pół roku co tydzień i do tej pory ich nie widziałam. Albo nie zwróciłam uwagi. Możliwa jest jeszcze trzecia opcja - fatamorgana, bo mój organizm naprawdę domaga się kawy, a w zasadzie nie tyle kawy co kofeiny.
8.45 - Ha! Dorwałam kawę w jednej z kawiarenek. To jednak nie fatamorgana.
9.00 - Wykładzik. Nudny jak nie wiem, ale co tydzień jest lista, no i facet naprawdę pamięta twarze, więc lepiej chodzić i się pokazywać w razie czego. Staram się słuchać. Ale tylko 10 minut, bo wyklad jest naprawdę nudny. Jedyna ciekawa rzecz? Wspomnienie w ramach dygresji o plemieniu Mohawk, którego członkowie od urodzenia są pozbawieni lęku wysokości, co obudziło we mnie antropologa. Niestety o plemieniu Mohawk było na tyle.
11.45 - zerwałam się z wykładu szybciej, bo muszę zdążyć na koło z biochemii. Teraz zaczyna się wyścig - z autobusami, tramwajami i czasem. Na szczęście udaje mi się dotrzeć na czas.
15.00 - koło było średnie. Niby nie trudne, odpowiedziałam na połowę pytań. Oczywiście musiałam, swoim standardowym szczęściem trafić na najtrudniejszy zestaw. Ale trudno.
15.30 - wreszcie w domu. Jem, ogladam głupawy film i idę spać.
17.15 - budzę się, ale nie mam siły się podnieść. Dobra, mam ale mi się nie chce.
17.30 - kąpiel przed nauką.
18.15 - czysta i pachnąca siadam do chemii.
22.00 - dzwoni Grzesiek, chce jechać na małe szybkie zakupy. No dobra, szykuję się, jedziemy.
23.00- kupiłam kilka podstawowych produktów, na wielkie zakupy nie było czasu.
24.00 - jeszcze godzinkę i spać. Panie, jak dobrze, że kolokwium jest po południu a nie z samego rana! Marzę żeby przy łożyć głowę do poduszki i zasnąć. To takie przyjemne uczucie.
8.35 - skąd tu tyle małych kawiarenek? Przechodzę tędy od pół roku co tydzień i do tej pory ich nie widziałam. Albo nie zwróciłam uwagi. Możliwa jest jeszcze trzecia opcja - fatamorgana, bo mój organizm naprawdę domaga się kawy, a w zasadzie nie tyle kawy co kofeiny.
8.45 - Ha! Dorwałam kawę w jednej z kawiarenek. To jednak nie fatamorgana.
9.00 - Wykładzik. Nudny jak nie wiem, ale co tydzień jest lista, no i facet naprawdę pamięta twarze, więc lepiej chodzić i się pokazywać w razie czego. Staram się słuchać. Ale tylko 10 minut, bo wyklad jest naprawdę nudny. Jedyna ciekawa rzecz? Wspomnienie w ramach dygresji o plemieniu Mohawk, którego członkowie od urodzenia są pozbawieni lęku wysokości, co obudziło we mnie antropologa. Niestety o plemieniu Mohawk było na tyle.
11.45 - zerwałam się z wykładu szybciej, bo muszę zdążyć na koło z biochemii. Teraz zaczyna się wyścig - z autobusami, tramwajami i czasem. Na szczęście udaje mi się dotrzeć na czas.
15.00 - koło było średnie. Niby nie trudne, odpowiedziałam na połowę pytań. Oczywiście musiałam, swoim standardowym szczęściem trafić na najtrudniejszy zestaw. Ale trudno.
15.30 - wreszcie w domu. Jem, ogladam głupawy film i idę spać.
17.15 - budzę się, ale nie mam siły się podnieść. Dobra, mam ale mi się nie chce.
17.30 - kąpiel przed nauką.
18.15 - czysta i pachnąca siadam do chemii.
22.00 - dzwoni Grzesiek, chce jechać na małe szybkie zakupy. No dobra, szykuję się, jedziemy.
23.00- kupiłam kilka podstawowych produktów, na wielkie zakupy nie było czasu.
24.00 - jeszcze godzinkę i spać. Panie, jak dobrze, że kolokwium jest po południu a nie z samego rana! Marzę żeby przy łożyć głowę do poduszki i zasnąć. To takie przyjemne uczucie.
piątek, stycznia 11
Tydzień z życia - czwartek, czyli bezsenność kontrolowana.
Znów 5.30. Dziwne, nawet jestem wyspana. Obejdzie się bez kawy. Poranna toaleta, makijaż w 10 minut i śniadanie. Płatki z mlekiem - najprościej i najszybciej.
6.20 - ubieram czarny golf, dżinsy i futrzaną kamizelkę. Pakuję laptopa do torby - dziś też czas na notatki w bibliotece - sesja za pasem.
6.30 - G. wstał. Jak ja zazdroszczę mężczyznom, mogą wstać pół godziny przed wyjściem i są gotowi. Kurcze, zapomniałam, że dziś jedziemy samochodem, wstałam za wcześnie. Kładę się jeszcze na chwilę i każę się obudzić przed wyjściem.
7.25 - jedziemy razem na uczelnie. G. wysadza mnie pod moją uczelnią, żegnamy się i jedzie na swoje zajęcia.
10.20 - koniec zajęć. Biegnę do biblioteki.
14.00 - Dość fizyki na dziś. Przynajmniej w tym momencie. W domu jest jeszcze spaghetti z wczoraj. Nie muszę gotować!
15.15 - Po raz kolejny w galerii. Dlaczego tu jest ZAWSZE tyle ludzi?! Udaje mi się kupić kilka fajnych i przydatnych rzeczy - głównie klasyki, które każda z nas powinna mieć w szafie - z listy, którą zrobiłam kilka dni temu.
15.45 - Jem, oglądam program Cejrowskiego (Boże, gdyby każdy wykładowca potrafił opowiadać tak jak on nauka byłaby przyjemnością!
16.30 - Zaglądam do kalendarza i jeży mi się włos na głowie. Piątek - kolokwium, sobota - kolokwium, poniedziałek - 3 kolokwia, wtorek - kolokwium + ćwiczenia + odpowiedź ustna, środa - zaliczenie dwóch przedmiotów + ćwiczenia + poprawa 2 kolokwiów z matmy, czwartek - ćwiczenia, egzamin, zaliczenie, piątek - kolokwium, ćwiczenia, odpowiedź ustna. I tak przez 3 tygodnie. Kiedy ja się tego wszystkiego nauczę? Weekend jest zbyt krótki, jeszcze to kolokwium w sobotę.
Trzeba umówić się na inny termin czwartkowego egzaminu, albo chociaż na późniejszą godzinę, koniecznie - odbywa się w trakcie ćwiczeń, nie jestem w stanie na niego pójść. Cholera, a gdzie czas na zajęcie się domem?
17.00 - biochemia wzywa i już wiem, że dzisiejszej nocy nie będzie dane mi spać. Strayer to najbardziej kanciasty facet jaki był w moim łóżku - zdecydowanie.
21.00 - mózg zaraz mi wybuchnie. Istota szara już dawno poszła stać, neurony zaczynają strajk i grożą, że nie będą przesyłać więcej impulsów, więc negocjujemy. Pół godziny przerwy, energetyk i coś słodkiego? Nie, ich postulaty przewidują dłuższą przerwę, spacer i porządny posiłek. Ponieważ zakupy planowałam na sobotnie popołudnie w lodówce nie mam zbyt wiele by szybko wyczarować jakieś jedzenie. Mam ogromną ochotę na sałatkę grecką. Ratuje nas Tesco, otwarte do północy. Jedziemy, kupujemy wszystko, czego nam potrzeba, wracamy. Udaje mi się jeszcze chwilę przespacerować.
22.00 - jedzenie, głupi serial na którym nie trzeba myśleć i jestem jak nowo narodzona.Czas wracać do nauki.
04.00 - nie mam już siły. Mózg mi się zlansował. Niby wszystko umiem, bo to przecież logiczne, ale ciągle się boję, że o czymś zapomnę. Idę wziąć kąpiel, a potem przygotować się do dzisiejszego dnia.
06.00 - jestem gotowa, wyglądam (szkoda że tylko wyglądam) na wypoczętą, zjadłam śniadanie i wypiłam 2 kawy. Mój dzień trwa zdecydowanie zbyt długo. Po powrocie z koła zarządzam spanie przez 3 godziny, a potem naukę do sobotniego kolokwium (kolokwium w sobotę na dziennych - kto to widział!)
6.20 - ubieram czarny golf, dżinsy i futrzaną kamizelkę. Pakuję laptopa do torby - dziś też czas na notatki w bibliotece - sesja za pasem.
6.30 - G. wstał. Jak ja zazdroszczę mężczyznom, mogą wstać pół godziny przed wyjściem i są gotowi. Kurcze, zapomniałam, że dziś jedziemy samochodem, wstałam za wcześnie. Kładę się jeszcze na chwilę i każę się obudzić przed wyjściem.
7.25 - jedziemy razem na uczelnie. G. wysadza mnie pod moją uczelnią, żegnamy się i jedzie na swoje zajęcia.
10.20 - koniec zajęć. Biegnę do biblioteki.
14.00 - Dość fizyki na dziś. Przynajmniej w tym momencie. W domu jest jeszcze spaghetti z wczoraj. Nie muszę gotować!
15.15 - Po raz kolejny w galerii. Dlaczego tu jest ZAWSZE tyle ludzi?! Udaje mi się kupić kilka fajnych i przydatnych rzeczy - głównie klasyki, które każda z nas powinna mieć w szafie - z listy, którą zrobiłam kilka dni temu.
15.45 - Jem, oglądam program Cejrowskiego (Boże, gdyby każdy wykładowca potrafił opowiadać tak jak on nauka byłaby przyjemnością!
16.30 - Zaglądam do kalendarza i jeży mi się włos na głowie. Piątek - kolokwium, sobota - kolokwium, poniedziałek - 3 kolokwia, wtorek - kolokwium + ćwiczenia + odpowiedź ustna, środa - zaliczenie dwóch przedmiotów + ćwiczenia + poprawa 2 kolokwiów z matmy, czwartek - ćwiczenia, egzamin, zaliczenie, piątek - kolokwium, ćwiczenia, odpowiedź ustna. I tak przez 3 tygodnie. Kiedy ja się tego wszystkiego nauczę? Weekend jest zbyt krótki, jeszcze to kolokwium w sobotę.
Trzeba umówić się na inny termin czwartkowego egzaminu, albo chociaż na późniejszą godzinę, koniecznie - odbywa się w trakcie ćwiczeń, nie jestem w stanie na niego pójść. Cholera, a gdzie czas na zajęcie się domem?
17.00 - biochemia wzywa i już wiem, że dzisiejszej nocy nie będzie dane mi spać. Strayer to najbardziej kanciasty facet jaki był w moim łóżku - zdecydowanie.
21.00 - mózg zaraz mi wybuchnie. Istota szara już dawno poszła stać, neurony zaczynają strajk i grożą, że nie będą przesyłać więcej impulsów, więc negocjujemy. Pół godziny przerwy, energetyk i coś słodkiego? Nie, ich postulaty przewidują dłuższą przerwę, spacer i porządny posiłek. Ponieważ zakupy planowałam na sobotnie popołudnie w lodówce nie mam zbyt wiele by szybko wyczarować jakieś jedzenie. Mam ogromną ochotę na sałatkę grecką. Ratuje nas Tesco, otwarte do północy. Jedziemy, kupujemy wszystko, czego nam potrzeba, wracamy. Udaje mi się jeszcze chwilę przespacerować.
22.00 - jedzenie, głupi serial na którym nie trzeba myśleć i jestem jak nowo narodzona.Czas wracać do nauki.
04.00 - nie mam już siły. Mózg mi się zlansował. Niby wszystko umiem, bo to przecież logiczne, ale ciągle się boję, że o czymś zapomnę. Idę wziąć kąpiel, a potem przygotować się do dzisiejszego dnia.
06.00 - jestem gotowa, wyglądam (szkoda że tylko wyglądam) na wypoczętą, zjadłam śniadanie i wypiłam 2 kawy. Mój dzień trwa zdecydowanie zbyt długo. Po powrocie z koła zarządzam spanie przez 3 godziny, a potem naukę do sobotniego kolokwium (kolokwium w sobotę na dziennych - kto to widział!)
czwartek, stycznia 10
Tydzień z życia - środa
Boże, znowu 5.30. Przecież 10 minut temu zasnęłam! Takie przynajmniej mam wrażenie. Moja druga myśl brzmi - Kawy! Idę więc nastawić ekspres.
Poranna toaleta, lekki makijaż - Panie, dziękuję Ci za wynalezienie korektora pod oczy i różu do policzków!
6.15 - śniadanie. Dziś na szybko - koktajl z banana, kiwi i mrożonych truskawek. I odrobiny mleka. Gdzieś tu były batoniki... Przecież muszą tu być, nie mam czasu na robienie kanapek! Uf, jest.
6.30 - Ubieram się w szarą spódnicę, czarny golf i kozaki na płaskim obcasie. Nie mam siły na chodzenie w obcasach.
Wchodzę do łazienki i przypominam sobie ile rzeczy trzeba dziś zrobić. Kuweta kota, kurde, bęben pralki nie pachnie zachęcająco, jak wrócę to umyję, bo pranie będzie śmierdziało. Śmieci - wezmę teraz, jedno mniej. Wieczorem przydałoby się zrobić maseczkę, bo moja twarz jest w okropnym stanie. Jeśli starczy mi czasu, to przydałoby się zrobić małą rundkę po sklepach - muszę zrobić zakupy w Rossmannie, a po wyczyszczeniu szafy przed świętami okazuje się, że potrzebuję kilku ubrań.
Dobra, jeszcze 15 minut do wyjścia, przygotuję sobie wszystko do prasowania. Zanoszę do pokoju deskę i żelazko, przynoszę ubrania. Kurde, trzeba odmrozić mięso, bo obiad będzie później! Co się ze mną dzieje, przecież nigdy nie byłam tak niezorganizowana!
Dobra, trzeba napisać G. kartkę, co musi zrobić, bo zapomni. Kuweta - jego zadanie. Odmrozić mięso - też jego. Zakupy - zrobię wracając, bo znowu nie kupi wszystkiego, a nie mam czasu zrobić listy. Pozmywać - zdąży. Umyć łazienkę - zrobię to wieczorem, bo on robi to niedokładnie. Za to odkurzanie i ścieranie kurzy - dla niego.
7.10 - łapię za worek ze śmieciami i wybiegam.
7.20 - autobus. O i nawet jest miejsce siedzące! Słuchawki - i znów odpływam w krainę marzeń.
7.45 - No, jeszcze sporo czasu, zdążę.
10.20 - No, już po zajęciach. Czas do biblioteki. Co ja miałam w głowie myśląc, ze wypożyczę jedną z najpopularniejszych książek do fizyki pod koniec października? Teraz mam karę - siedzę robię notatki w wyziębionej bibliotece zamiast w domu. Trudno, dobrze że chociaż na laptopie a nie ręcznie, jak 20 lat temu.
11.30 - za pół godziny jestem umówiona z przyjaciółką, a nie zrobiłam jeszcze notatek z tylu rozdziałów z ilu planowałam. 15 stron - nie zdążę na spotkanie. Dobra, idę do ksero, dokończę w domu.
11.45 - w drodze do ksero spotkałam tego fajnego laboranta. Pogadaliśmy chwilę, pożartowaliśmy, ale Pani w ksero zdecydowanie zbyt szybko kseruje, więc mój flirt trwał może 10 minut? Przestań! Co Ci przyszło do głowy żeby flirtować z laborantem? Masz faceta! Ale z drugiej strony, to tylko flirt...
12.15 - spóźniłam się. Ale na szczęście nie jest zła!
15.30 - Dobra, czas na chwilę buszowania po sklepach. Zauważyłam kilka rzeczy, które mi się podobają i są w promocyjnej cenie, ale robię im tylko zdjęcia i mam zamiar przemyśleć ich zakup do jutra - nie chcę kupować nic, co nie będzie mi przydatne - to jedno z moich postanowień na najbliższy rok.
17.00 - jak dobrze być w domu przed 18... Rozbieram się i myślę o wstawieniu prania. Przypominam sobie o umyciu bębna i robię to od razu, a potem wstawiam pranie. Dobra, sprawdźmy czy G zrobił o co prosiłam. Podłogi odkurzone, mięso wyjęte, pozmywane, kuweta zrobiona. Super! O pokroił cebulę, czosnek i pomidory! Super! Zrobienie spaghetti zajmuje mi pół godziny.
Kurde, lakier mi odprysł! Ale w sumie... Wypróbuję ten nowy kolor :)
18.00 - jem i oglądam Chirurgów.
18.30 - dobra, czas na prasowanie. A w trakcie obejrzę kilka zaległych filmików na Youtube. O wrócił G. - ma sporo do zrobienia, to dobrze, sama też nie mam zamiaru się nudzić.
19.30 - Uf, skończyłam. Kawy! Chwila przerwy na rozmowę z G. i powrót do zajęć.
20.00 - Dobra, nauko! Czas na Ciebie!
22.00 - notatki skończone, pranie powieszone, łazienka umyta. Prysznic, (jak ja marzę o kąpieli z bąbelkami!) przygotowanie ubrań na jutro, nowy lakier na paznokcie, bo szybciej i spać!
23:00 - padam! Ale ta nowa książka tak mnie wciągnęła...
Poranna toaleta, lekki makijaż - Panie, dziękuję Ci za wynalezienie korektora pod oczy i różu do policzków!
6.15 - śniadanie. Dziś na szybko - koktajl z banana, kiwi i mrożonych truskawek. I odrobiny mleka. Gdzieś tu były batoniki... Przecież muszą tu być, nie mam czasu na robienie kanapek! Uf, jest.
6.30 - Ubieram się w szarą spódnicę, czarny golf i kozaki na płaskim obcasie. Nie mam siły na chodzenie w obcasach.
Wchodzę do łazienki i przypominam sobie ile rzeczy trzeba dziś zrobić. Kuweta kota, kurde, bęben pralki nie pachnie zachęcająco, jak wrócę to umyję, bo pranie będzie śmierdziało. Śmieci - wezmę teraz, jedno mniej. Wieczorem przydałoby się zrobić maseczkę, bo moja twarz jest w okropnym stanie. Jeśli starczy mi czasu, to przydałoby się zrobić małą rundkę po sklepach - muszę zrobić zakupy w Rossmannie, a po wyczyszczeniu szafy przed świętami okazuje się, że potrzebuję kilku ubrań.
Dobra, jeszcze 15 minut do wyjścia, przygotuję sobie wszystko do prasowania. Zanoszę do pokoju deskę i żelazko, przynoszę ubrania. Kurde, trzeba odmrozić mięso, bo obiad będzie później! Co się ze mną dzieje, przecież nigdy nie byłam tak niezorganizowana!
Dobra, trzeba napisać G. kartkę, co musi zrobić, bo zapomni. Kuweta - jego zadanie. Odmrozić mięso - też jego. Zakupy - zrobię wracając, bo znowu nie kupi wszystkiego, a nie mam czasu zrobić listy. Pozmywać - zdąży. Umyć łazienkę - zrobię to wieczorem, bo on robi to niedokładnie. Za to odkurzanie i ścieranie kurzy - dla niego.
7.10 - łapię za worek ze śmieciami i wybiegam.
7.20 - autobus. O i nawet jest miejsce siedzące! Słuchawki - i znów odpływam w krainę marzeń.
7.45 - No, jeszcze sporo czasu, zdążę.
10.20 - No, już po zajęciach. Czas do biblioteki. Co ja miałam w głowie myśląc, ze wypożyczę jedną z najpopularniejszych książek do fizyki pod koniec października? Teraz mam karę - siedzę robię notatki w wyziębionej bibliotece zamiast w domu. Trudno, dobrze że chociaż na laptopie a nie ręcznie, jak 20 lat temu.
11.30 - za pół godziny jestem umówiona z przyjaciółką, a nie zrobiłam jeszcze notatek z tylu rozdziałów z ilu planowałam. 15 stron - nie zdążę na spotkanie. Dobra, idę do ksero, dokończę w domu.
11.45 - w drodze do ksero spotkałam tego fajnego laboranta. Pogadaliśmy chwilę, pożartowaliśmy, ale Pani w ksero zdecydowanie zbyt szybko kseruje, więc mój flirt trwał może 10 minut? Przestań! Co Ci przyszło do głowy żeby flirtować z laborantem? Masz faceta! Ale z drugiej strony, to tylko flirt...
12.15 - spóźniłam się. Ale na szczęście nie jest zła!
15.30 - Dobra, czas na chwilę buszowania po sklepach. Zauważyłam kilka rzeczy, które mi się podobają i są w promocyjnej cenie, ale robię im tylko zdjęcia i mam zamiar przemyśleć ich zakup do jutra - nie chcę kupować nic, co nie będzie mi przydatne - to jedno z moich postanowień na najbliższy rok.
17.00 - jak dobrze być w domu przed 18... Rozbieram się i myślę o wstawieniu prania. Przypominam sobie o umyciu bębna i robię to od razu, a potem wstawiam pranie. Dobra, sprawdźmy czy G zrobił o co prosiłam. Podłogi odkurzone, mięso wyjęte, pozmywane, kuweta zrobiona. Super! O pokroił cebulę, czosnek i pomidory! Super! Zrobienie spaghetti zajmuje mi pół godziny.
Kurde, lakier mi odprysł! Ale w sumie... Wypróbuję ten nowy kolor :)
18.00 - jem i oglądam Chirurgów.
18.30 - dobra, czas na prasowanie. A w trakcie obejrzę kilka zaległych filmików na Youtube. O wrócił G. - ma sporo do zrobienia, to dobrze, sama też nie mam zamiaru się nudzić.
19.30 - Uf, skończyłam. Kawy! Chwila przerwy na rozmowę z G. i powrót do zajęć.
20.00 - Dobra, nauko! Czas na Ciebie!
22.00 - notatki skończone, pranie powieszone, łazienka umyta. Prysznic, (jak ja marzę o kąpieli z bąbelkami!) przygotowanie ubrań na jutro, nowy lakier na paznokcie, bo szybciej i spać!
23:00 - padam! Ale ta nowa książka tak mnie wciągnęła...
Subskrybuj:
Posty (Atom)




