Dziś przyszedł czas na recenzję. Jeszcze na gorąco, bo skończyłam ją czytać dzisiaj rano.
Tytuł: Klinika śmierci
Autor: Harlan Coben
Ilość stron: 512
Gatunek: Thriller
USA, lata osiemdziesiąte. Sara i Michael są bardzo zgodnym małżeństwem, starają się o dziecko. Sara jest piękną i utalentowaną dziennikarką a jej mąż gwiazda koszykówki. W Nowym Jorku doszło do kilku zabójstw homoseksualistów. Ginie między innymi syn senatora. Co wspólnego ma z tym zabójstwem Sara i Michael? Początkowo zdawałoby się, że nic. Potem okazuje się, że wszyscy trzej zamordowani geje byli zarażeni wirusem HIV i byli pacjentami jednej z nowojorskich klinik, która szuka leku na AIDS. Dochodzi też do zabójstwa jednego z trzech lekarzy, którzy prowadzą klinikę. W międzyczasie okazuje się, że Michael też jest zarażony wirusem HIV i staje się pacjentem kliniki. Życie Michaela i jego żony staje się zagrożone nie tylko przez AIDS ale także przez mordercę, nazwanego przez policję Homorozpruwaczem.
Początkowo wydawało mi się, że książka nie jest najlepsza. Dlaczego? Bo po pierwszych kilkunastu stronach miałam wrażenie, że już wiem, kto jest zabójcą. Kolejne kilka rozdziałów nawet upewniło mnie w tym przekonaniu. Jednak cieszę się, że nie przestałam jej czytać, bo nastąpił niesamowity zwrot akcji, a zabójcą okazała się osoba, po której nikt by się tego nie spodziewał. Dodatkowo dzięki książce mogłam dowiedzieć się czegoś więcej na temat postrzegania gejów i osób zarażonych wirusem HIV, w kraju, który teraz wydaje się być najbardziej tolerancyjnym na świecie. Ale w latach osiemdziesiątych było totalnie odwrotnie - wirus HIV kojarzył się tylko z homoseksualizmem, a sam homoseksualizm był bardzo negatywnie postrzegany przez ludzi. Osoby innej orientacji kryły się z tym, często nie mówiły o tym nawet najbliższym. Gdy Michael, znany koszykarz, podczas konferencji prasowej oznajmia, że został zarażony wirusem HIV, mimo że obok niego stoi jego ciężarna żona, jest pytany przez dziennikarzy, jak długo ukrywa swoją prawdziwą orientację. Jego żona jest pytana, czy ich małżeństwo to tylko przykrywka dla ich innych orientacji.
Moim zdaniem warta przeczytania książka, trzymająca w napięciu. Można ją pochłonąć, mimo sporych rozmiarów, w jedną noc. Naprawdę, zachęcam do przeczytania.
poniedziałek, października 8
sobota, października 6
Jest tak mądra, że mogłaby być brzydka, czyli czy kobieta inteligentna może być jednocześnie atrakcyjna?
Uwielbiam obserwować ludzi, subkultury i poznawać struktury i zasady zachowania w nowych kulturach. To niesamowite, jak odmienne może być zdanie na ten sam temat chociażby osoby mieszkającej nad morzem i górala, nie mówiąc już o innym podejściu do życia hippisa i popularnie zwanego 'dresa'. Mimo tej odmienności poglądowo-wyglądowej wszyscy mamy te same przekonania na temat niektórych zachowań czy schematów.
Dziś chciałabym się skupić na jednym, któremu poświęciłam ostatnio dość dużo czasu - atrakcyjności kobiety.
Niestety, w pewnych kręgach kulturowych zwykło się uważać, że inteligencja nie może iść w parze z atrakcyjnością fizyczną. Co prawda im dalej na zachód, tym bardziej światopogląd ten ginie i tę zależność wykorzystują między sobą głównie zazdrosne koleżanki. Stety czy nie, ale w naszym rejonie świata ten stereotyp ma bardzo głębokie korzenie. Nie mam pojęcia, czy to ze względu na typową słowiańską zawiść i pesymizm, ale wydaje mi się, że jedno może mieć bardzo duży wpływ na drugie.
Nie raz słyszałam od profesorów: 'szkoda, że nie przygotowała się Pani na zajęcia tak ładnie jak do dzisiejszego wyjścia z domu' w kierunku moim, czy moich koleżanek. Zazwyczaj ta sytuacja nie miała nic wspólnego z ich nieprzygotowaniem, po prostu część profesorów wyznaje zasadę 'jesteś ładna, znaczy że masz pusto w głowie' .
Czy to, że kobieta dba o wygląd jest oznaką jej głupoty? Czy kobieta, chcąc wyglądać atrakcyjnie pozbawia się inteligencji? Nie. I mimo, że większość z nas zna tę obiektywną prawdę, to jednak nie raz słyszę, nawet od osób w moim wieku, że 'tamta blondzia' to pewnie pusta blachara.
Osobiście zmagałam się z problemem zaszufladkowania nie raz. Nie tylko w sposób taki, jak opisany przeze mnie w poprzednim poście.
Czy założenie 'ładna znaczy głupia' nie godzi w poziom inteligencji danej osoby? Idąc tym założeniem, poprawnym jest myśleć, że przystojny mężczyzna to amant, który jest jak ptaszek - tu poleci, tam przeleci i odleci. A znam wielu bardzo przystojnych mężczyzn, którzy świata nie widzą poza swoimi kobietami i - można powiedzieć dość kolokwialnie - są wręcz wykastrowani na piękno innych kobiet. Oczywiście, zdarzają się 'przypadki', gdy przystojny mężczyzna za miarę swej męskości uważa ilość kobiet, z którymi spędził noce, ale ogólne założenie, że wszyscy mężczyźni są tacy sami jest bardzo krzywdzące dla panów. I podobnie jest z kobietami - zdarzają się ewenementy, co nie oznacza, że piękna kobieta ma w głowie pstro.
Od pewnego czasu zastanawiam się, skąd wzięło się to przekonanie. Mam dwie, może nie do końca poprawne teorie, ale wynika to z tego, co miałam okazję zaobserwować.
Wydaje mi się, że u osób ze starszego pokolenia - pokolenia, z którego jest większość naszych wykładowców - wzięło się to, ze starego przyzwyczajenia do patriarchizmu - mężczyzna w domu był najważniejszy, miał ostatnie zdanie i był też najmądrzejszy. To on zarabiał na rodzinę. A kobieta? Kobieta nie musiała być dobrze wykształcona, jej zadaniem było prowadzić dom, dobrze gotować i pełnić rolę ozdobną u boku męża. Z tego właśnie powodu w tamtych czasach na studia zdawali głównie mężczyźni, kobiet które studiowały było znacznie mniej.
A co z drugą teorią? Druga teoria dotyczy mężczyzn naszego pokolenia, naszych rówieśników. W skrócie można tę teorię przedstawić jednym zdaniem - czasy się zmieniają, ale mężczyźni nie. Dlaczego? Kobiety inteligentne, atrakcyjne i seksowne wywołują u mężczyzn zagrożenie. Nawet jeśli nie są z nią w stałym związku, a jedynie z nimi pracują i tak chcą być lepsi. Podświadomie myślą, że jeśli jest inteligentna, musi być stale czujny, żeby nie wyjść na idiotę. W dodatku też powinien dążyć do sukcesu, żeby nie zostać w tyle. To jest chyba wyryte gdzieś w najstarszej części kory mózgowej mężczyzny jako pozostałość po jaskiniowcach i nie da się tego wytępić. A co jeżeli jest z takową w związku? Do wszystkich tych poprzednich punktów dochodzą jeszcze inne 'zagrożenia' - atrakcyjna, a więc pewnie kręcą się wokół niej inni adoratorzy. Seksowna, a więc będzie musiał zaspokoić jej temperament seksualny. Dlatego większość mężczyzn boi się z nimi wiązać i najlepiej jest je zaszufladkować, po trosze dlatego żeby nie kusiło, ale także po to, żeby uspokoić w sobie wewnętrznego jaskiniowca, że inteligentna kobieta nie stanowi zagrożenia.
Teraz trzeba odpowiedzieć sobie tylko na jedno pytanie - czy to naprawdę jest konieczne? Czy naprawdę nie możemy przyjąć, że piękna kobieta może być inteligentna? Przecież żaden kodeks pracy ani statut uczelniany nie zabrania kobiecie wyrzekać się swojej seksualności i piękna tylko po to, by udowodnić swoją wiedzę.
Dziewczyny, pokażcie światu, że możecie być jednocześnie piękne i inteligentne! I nie dajcie się nędznym gadkom czy szufladkowaniu. Bo nie po to mamy równouprawnienie, żeby ktoś na rzecz wiedzy zabierał nam urodę. I odwrotnie.
Dziś chciałabym się skupić na jednym, któremu poświęciłam ostatnio dość dużo czasu - atrakcyjności kobiety.
Niestety, w pewnych kręgach kulturowych zwykło się uważać, że inteligencja nie może iść w parze z atrakcyjnością fizyczną. Co prawda im dalej na zachód, tym bardziej światopogląd ten ginie i tę zależność wykorzystują między sobą głównie zazdrosne koleżanki. Stety czy nie, ale w naszym rejonie świata ten stereotyp ma bardzo głębokie korzenie. Nie mam pojęcia, czy to ze względu na typową słowiańską zawiść i pesymizm, ale wydaje mi się, że jedno może mieć bardzo duży wpływ na drugie.
Nie raz słyszałam od profesorów: 'szkoda, że nie przygotowała się Pani na zajęcia tak ładnie jak do dzisiejszego wyjścia z domu' w kierunku moim, czy moich koleżanek. Zazwyczaj ta sytuacja nie miała nic wspólnego z ich nieprzygotowaniem, po prostu część profesorów wyznaje zasadę 'jesteś ładna, znaczy że masz pusto w głowie' .
Czy to, że kobieta dba o wygląd jest oznaką jej głupoty? Czy kobieta, chcąc wyglądać atrakcyjnie pozbawia się inteligencji? Nie. I mimo, że większość z nas zna tę obiektywną prawdę, to jednak nie raz słyszę, nawet od osób w moim wieku, że 'tamta blondzia' to pewnie pusta blachara.
Osobiście zmagałam się z problemem zaszufladkowania nie raz. Nie tylko w sposób taki, jak opisany przeze mnie w poprzednim poście.
Czy założenie 'ładna znaczy głupia' nie godzi w poziom inteligencji danej osoby? Idąc tym założeniem, poprawnym jest myśleć, że przystojny mężczyzna to amant, który jest jak ptaszek - tu poleci, tam przeleci i odleci. A znam wielu bardzo przystojnych mężczyzn, którzy świata nie widzą poza swoimi kobietami i - można powiedzieć dość kolokwialnie - są wręcz wykastrowani na piękno innych kobiet. Oczywiście, zdarzają się 'przypadki', gdy przystojny mężczyzna za miarę swej męskości uważa ilość kobiet, z którymi spędził noce, ale ogólne założenie, że wszyscy mężczyźni są tacy sami jest bardzo krzywdzące dla panów. I podobnie jest z kobietami - zdarzają się ewenementy, co nie oznacza, że piękna kobieta ma w głowie pstro.
Od pewnego czasu zastanawiam się, skąd wzięło się to przekonanie. Mam dwie, może nie do końca poprawne teorie, ale wynika to z tego, co miałam okazję zaobserwować.
Wydaje mi się, że u osób ze starszego pokolenia - pokolenia, z którego jest większość naszych wykładowców - wzięło się to, ze starego przyzwyczajenia do patriarchizmu - mężczyzna w domu był najważniejszy, miał ostatnie zdanie i był też najmądrzejszy. To on zarabiał na rodzinę. A kobieta? Kobieta nie musiała być dobrze wykształcona, jej zadaniem było prowadzić dom, dobrze gotować i pełnić rolę ozdobną u boku męża. Z tego właśnie powodu w tamtych czasach na studia zdawali głównie mężczyźni, kobiet które studiowały było znacznie mniej.
A co z drugą teorią? Druga teoria dotyczy mężczyzn naszego pokolenia, naszych rówieśników. W skrócie można tę teorię przedstawić jednym zdaniem - czasy się zmieniają, ale mężczyźni nie. Dlaczego? Kobiety inteligentne, atrakcyjne i seksowne wywołują u mężczyzn zagrożenie. Nawet jeśli nie są z nią w stałym związku, a jedynie z nimi pracują i tak chcą być lepsi. Podświadomie myślą, że jeśli jest inteligentna, musi być stale czujny, żeby nie wyjść na idiotę. W dodatku też powinien dążyć do sukcesu, żeby nie zostać w tyle. To jest chyba wyryte gdzieś w najstarszej części kory mózgowej mężczyzny jako pozostałość po jaskiniowcach i nie da się tego wytępić. A co jeżeli jest z takową w związku? Do wszystkich tych poprzednich punktów dochodzą jeszcze inne 'zagrożenia' - atrakcyjna, a więc pewnie kręcą się wokół niej inni adoratorzy. Seksowna, a więc będzie musiał zaspokoić jej temperament seksualny. Dlatego większość mężczyzn boi się z nimi wiązać i najlepiej jest je zaszufladkować, po trosze dlatego żeby nie kusiło, ale także po to, żeby uspokoić w sobie wewnętrznego jaskiniowca, że inteligentna kobieta nie stanowi zagrożenia.
Teraz trzeba odpowiedzieć sobie tylko na jedno pytanie - czy to naprawdę jest konieczne? Czy naprawdę nie możemy przyjąć, że piękna kobieta może być inteligentna? Przecież żaden kodeks pracy ani statut uczelniany nie zabrania kobiecie wyrzekać się swojej seksualności i piękna tylko po to, by udowodnić swoją wiedzę.
Dziewczyny, pokażcie światu, że możecie być jednocześnie piękne i inteligentne! I nie dajcie się nędznym gadkom czy szufladkowaniu. Bo nie po to mamy równouprawnienie, żeby ktoś na rzecz wiedzy zabierał nam urodę. I odwrotnie.
czwartek, października 4
Jak się masz ślicznotko?
Już Arystoteles twierdził, że uroda człowieka jest jego najlepszą rekomendacją, ale naukowcy dopiero niedawno zajęli się badaniem konsekwencji aktywności fizycznej. Skutkiem tego jest fakt, iż więcej wiemy o rozrodzie zwierząt niż postrzeganiu siebie nawzajem. Stało się tak prawdopodobnie przez twierdzenie, że każdy człowiek może zajść daleko dzięki swojej ciężkiej pracy i wiedzy, a twierdzenie to jest sprzeczne ze stwierdzeniem, że urodziwy człowiek może więcej.
Mimo wszystko jednak zachowania zwierząt łatwiej określić niż zachowanie człowieka. Po części poprawne jest stwierdzenie "piękno tkwi w oku patrzącego", ponieważ osoby zakochane swoją drugą połówkę uważają za atrakcyjniejszą niż w rzeczywistości. Prawdą jest również że ludzie postrzegają pewne rodzaje urody i rysów twarzy za ogólnie piękne i ogólnie brzydkie. Przykładem jest Hollywood, gdzie inwestuje się pieniądze zazwyczaj w piękno, a aktorki robią wszystko by wyglądać na najpiękniejsze, bo piękno=rola.
Antropologom zazwyczaj łatwiej jest określić atrakcyjność kobiety niż mężczyzny. Jako ideał męskiej urody określa się wysokiego, muskularnego mężczyznę o sylwetce Atlasa (szeroka klatka piersiowa i wąskie biodra). U kobiet zaś jest to proporcjonalność ciała, duży biust, krągłe biodra, wąska talia i proporcjonalność rysów twarzy.
Osoby ładne uznaje się za lepsze od innych praktycznie pod każdym względem. Są uważane za bardziej spostrzegawcze, pewne siebie i zdecydowane, ale także osoby urodziwe mają wyższą samoocenę. Istnieje jeden wyjątek od tej reguły - zazdrość. Mniej urodziwe kobiety uważają ich ładniejsze koleżanki za karierowiczki, osoby głupie i próżne.
Faktem jest także, że mężczyzna widziany w towarzystwie pięknej kobiety zyskuje na atrakcyjności - podobnie jest kiedy kobieta jest w towarzystwie przystojnego mężczyzny. Analogicznie, w naszych oczach tracą osoby pokazujące się w towarzystwie mało atrakcyjnych przedstawicieli płci przeciwnej.
Faktem jest także, że uroda czasami przeszkadza. Weźmy tu świat, w którym obracam się na codzień - antropolodzy, kryminalistycy i lekarze sądowi. Ja jako drobna blondynka o w miarę regularnych i delikatnych rysach twarzy średnio wpasowuję się w 'kanon' kryminalistyczny. Często słyszę od osób, od których się uczę w ramach zdobycia dodatkowych umiejętności, że to dziwne że taka delikatna kobieta wybrała taką drogę kariery zawodowej. Nawet moi znajomi ze studiów, gdy rozmawiamy o przyszłej specjalizacji dziwią się i uważają, że to typowo męski zawód, że współpraca z policją, a dokładnie wstąpienie w szeregi policji po studiach to typowo męska rzecz. Dziwią się, kiedy opowiadam im o ASG, strzelaniu i chęci zapisania się na kurs sztuk walki - przecież kobiety nie powinny mieć kontaktu z bronią ani się bić.
Reasumując, piękny wygląd zazwyczaj otwiera przed nami wiele drzwi. Ludzie piękni cieszą się szybszym awansem społecznym i robią lepsze wrażenie na pracodawcach. Tyle, że jeżeli piękna kobieta wyłamie się z ogólnie utartego schematu ma problem, bo musi przekonać wszystkich wokół, że nie jest jedynie piękną twarzą i poradzi sobie z tym, co przecież sama sobie wybrała.
środa, października 3
Wrześniowy wyścig z czasem - podsumowanie.
Wrzesień, ach wrzesień... Minął szybciej niż ostatnie pół roku. I nie wiem, czy to tylko moje odczucie, ale mam wrażenie, że tylko we wrześniu przeżyłam 3 miesiące swojego życia - zdałam sesję - można by rzec, że cudownym przypadkiem - bo ostatni egzamin ustny oblałam i tylko dzięki życzliwości prowadzącej udało mi się podejść do niego jeszcze raz. Poza tym - skończyłam praktyki, dostałam się na drugi kierunek studiów - chemię biologiczną, wyjechałam na wakacje, a w pracy, mimo zapisanych w umowie 80 godzin miesięcznie przepracowałam ponad 100.
Z tego powodu dużo rzeczy się nie udało, bardzo wiele musiałam odłożyć na dalsze terminy, np. założenie strony internetowej na temat kryminalistyki. Faktem jest również, że już całkowicie zapomniałam o swoim pięciodniowym urlopie i marzą mi się porządne, dwutygodniowe wakacje. Gdziekolwiek, byle było dużo ciszy, spokoju i przyrody. I gdzie mogłabym spędzać czas aktywnie, nie tylko leżąc plackiem na plaży. Niestety, nie pamiętam również, żebym we wrześniu w ogóle wzięła do ręki jakąkolwiek książkę, o tematyce innej niż mikrobiologia czy fizjologia zwierząt.
Ale jest też wiele plusów - dzięki temu, że miałam wiele na głowie i dużo nauki, nauczyłam się przekazywać zadania i ustalać priorytety. Niestety, mam w sobie coś z maniaka i pedanta. Zawsze miałam wrażenie, że jeżeli ja czegoś nie zrobię, to będzie to zrobione niedokładnie lub po prostu źle, a nawet kiedy coś było zrobione dobrze, zawsze wydawało mi się, że ja zrobiłabym to lepiej. Z tego powodu zajmowałam się wszystkim - sprzątaniem, praniem, zmywaniem, prasowaniem, gotowaniem, zakupami i wieloma innymi. Także, kiedy na uczelni mieliśmy do zrobienia prace lub prezentacje w parach czy grupie zawsze - ku uciesze reszcie grupy - stwierdzałam, że bardzo chętnie sama zajmę się wykonaniem projektu i dam im go do przeglądnięcia kilka dni przed pokazem. W rezultacie chodziłam zestresowana i na nic nie miałam czasu. A, że nie potrafiłam ustalać priorytetów, chciałam mieć zrobione wszystko 'na wczoraj'.
Jednak w ostatnim czasie musiałam schować swoje pedantyczne zapędy głęboko w kieszeń - podzieliłam obowiązki w domu między siebie i mojego partnera i okazało się, że jednak nie jest tak źle jak by się zdawało. Ba, nawet jest lepiej!
Dzięki podziałowi obowiązków nie muszę zmywać naczyń, wyrzucać śmieci, czyścić kociej kuwety i odkurzać. Dodatkowo podzieliliśmy się prasowaniem - każdy prasuje swoje rzeczy. Gotowaniem dzielimy się zależnie od ilości obowiązków zawodowo-uczelnianych - po prostu gotuje ten, kto wcześniej wraca do domu lub ma mniej do zrobienia na jutro. Ja zajmuję się praniem, myciem podłóg, bardziej ogólnym sprzątaniem typu ścieraniem kurzy i robieniem list zakupów. Na mojej głowie jest też wymyślanie prezentów świątecznych i urodzinowych dla naszych znajomych i rodzin, ale to głównie dlatego, że mój partner nigdy nie wie, co komu kupić.
Niestety, czasu nadal mamy niezbyt dużo, bo oboje mamy w sobie gen pracoholizmu i zbyt dużo czasu poświęcamy uczelni, kołom naukowym, pracy i hobby, ale jest coraz lepiej.
Teraz, mimo, że moje życie nadal pędzi jak szalone, paradoksalnie mam więcej czasu i mogę obiecać, że moje wpisy będą pojawiały się tutaj dużo częściej. Planuję mniej więcej dwa wpisy tygodniowo, ale mam nadzieję, że starczy mi czasu na częstsze pojawianie się tutaj.
Pomysł strony internetowej nie umarł - strona ukarze się w niedalekiej przyszłości, ale nie jestem w stanie powiedzieć dokładnie kiedy to się stanie, ponieważ opóźnienia nie są winą mojego nieprzygotowania, ale przedłużających się prac technicznych - nad domeną, wyglądem strony, logiem. Czy już mówiłam, że lubię, gdy wszystko jest perfekcyjnie? Ale niestety nie tylko o mój perfekcjonizm tu chodzi. Odpowiedzialność za informatyczno-graficzną część mojej strony bierze mój partner, a jak już mówiłam, on też musi dzielić czas na studia, organizację studencką, hobby i wiele innych projektów. Oboje mamy jednak nadzieję, że uda się wystartować ze stroną do końca października.
Z tego powodu dużo rzeczy się nie udało, bardzo wiele musiałam odłożyć na dalsze terminy, np. założenie strony internetowej na temat kryminalistyki. Faktem jest również, że już całkowicie zapomniałam o swoim pięciodniowym urlopie i marzą mi się porządne, dwutygodniowe wakacje. Gdziekolwiek, byle było dużo ciszy, spokoju i przyrody. I gdzie mogłabym spędzać czas aktywnie, nie tylko leżąc plackiem na plaży. Niestety, nie pamiętam również, żebym we wrześniu w ogóle wzięła do ręki jakąkolwiek książkę, o tematyce innej niż mikrobiologia czy fizjologia zwierząt.
Ale jest też wiele plusów - dzięki temu, że miałam wiele na głowie i dużo nauki, nauczyłam się przekazywać zadania i ustalać priorytety. Niestety, mam w sobie coś z maniaka i pedanta. Zawsze miałam wrażenie, że jeżeli ja czegoś nie zrobię, to będzie to zrobione niedokładnie lub po prostu źle, a nawet kiedy coś było zrobione dobrze, zawsze wydawało mi się, że ja zrobiłabym to lepiej. Z tego powodu zajmowałam się wszystkim - sprzątaniem, praniem, zmywaniem, prasowaniem, gotowaniem, zakupami i wieloma innymi. Także, kiedy na uczelni mieliśmy do zrobienia prace lub prezentacje w parach czy grupie zawsze - ku uciesze reszcie grupy - stwierdzałam, że bardzo chętnie sama zajmę się wykonaniem projektu i dam im go do przeglądnięcia kilka dni przed pokazem. W rezultacie chodziłam zestresowana i na nic nie miałam czasu. A, że nie potrafiłam ustalać priorytetów, chciałam mieć zrobione wszystko 'na wczoraj'.
Jednak w ostatnim czasie musiałam schować swoje pedantyczne zapędy głęboko w kieszeń - podzieliłam obowiązki w domu między siebie i mojego partnera i okazało się, że jednak nie jest tak źle jak by się zdawało. Ba, nawet jest lepiej!
Dzięki podziałowi obowiązków nie muszę zmywać naczyń, wyrzucać śmieci, czyścić kociej kuwety i odkurzać. Dodatkowo podzieliliśmy się prasowaniem - każdy prasuje swoje rzeczy. Gotowaniem dzielimy się zależnie od ilości obowiązków zawodowo-uczelnianych - po prostu gotuje ten, kto wcześniej wraca do domu lub ma mniej do zrobienia na jutro. Ja zajmuję się praniem, myciem podłóg, bardziej ogólnym sprzątaniem typu ścieraniem kurzy i robieniem list zakupów. Na mojej głowie jest też wymyślanie prezentów świątecznych i urodzinowych dla naszych znajomych i rodzin, ale to głównie dlatego, że mój partner nigdy nie wie, co komu kupić.
Niestety, czasu nadal mamy niezbyt dużo, bo oboje mamy w sobie gen pracoholizmu i zbyt dużo czasu poświęcamy uczelni, kołom naukowym, pracy i hobby, ale jest coraz lepiej.
Teraz, mimo, że moje życie nadal pędzi jak szalone, paradoksalnie mam więcej czasu i mogę obiecać, że moje wpisy będą pojawiały się tutaj dużo częściej. Planuję mniej więcej dwa wpisy tygodniowo, ale mam nadzieję, że starczy mi czasu na częstsze pojawianie się tutaj.
Pomysł strony internetowej nie umarł - strona ukarze się w niedalekiej przyszłości, ale nie jestem w stanie powiedzieć dokładnie kiedy to się stanie, ponieważ opóźnienia nie są winą mojego nieprzygotowania, ale przedłużających się prac technicznych - nad domeną, wyglądem strony, logiem. Czy już mówiłam, że lubię, gdy wszystko jest perfekcyjnie? Ale niestety nie tylko o mój perfekcjonizm tu chodzi. Odpowiedzialność za informatyczno-graficzną część mojej strony bierze mój partner, a jak już mówiłam, on też musi dzielić czas na studia, organizację studencką, hobby i wiele innych projektów. Oboje mamy jednak nadzieję, że uda się wystartować ze stroną do końca października.
sobota, sierpnia 25
Zmiany, zmiany, zmiany!
Cześć :)
Wiem, to okropne, wpadam tutaj drugi raz w miesiącu i znów tylko po to, by się wytłumaczyć.
W moim życiu dzieje się ostatnio wiele, żeby nie powiedzieć, że zbyt wiele. Pracuję, przygotowuję się do egzaminów (3, 10 i 11 września), ponieważ w trakcie ich pierwszych terminów robiłam praktyki, przygotowuję się do wyjazdu na wakacje (03-09 września) i próbuję ogarnąć wyprowadzkę naszego współlokatora, która odbędzie się już za 2 tygodnie - prawdopodobnie 10 i 11 września, więc muszę kupić wszystkie te rzeczy, o których do tej pory nie myślałam - część garnków, mikser,czajnik i blaszki do pieczenia są przecież jego! Nagłym zbiegiem okoliczności okazało się, że moje prawo jazdy muszę zdać jak najszybciej, czytaj do końca września. Powód - dorobiłam się samochodu. Póki co mój mężczyzna robi za mojego osobistego szofera, ale samochodem mogę podróżować tylko wtedy, kiedy ma czas. A ponieważ mój instruktor nie nauczył mnie wszystkiego - jazda po mieście, parkowanie przodem i w zatoczce oraz górka są ok, ale mój łuk pozostawia wiele do życzenia, a parkowania tyłem nie ćwiczyłam w ogóle, więc byłam zmuszona dobrać dodatkowe jazdy, a przy moim ostatnim grafiku to naprawdę trudne. Po skończeniu jazd muszę jeszcze zdać egzamin wewnętrzny i doczekać się (miejmy nadzieję niezbyt odległego w czasie) terminu egzaminu. Do tego po wyczyszczeniu klimatyzacji w mojej pracy jest tak przeraźliwie lodowato, że już zdążyłam się przeziębić, więc wszystko to jest podwójnie trudne.
Dużo się dzieje, czeka nas spora zmiana, zamieszkamy tylko ze sobą, wreszcie będę mogła stworzyć coś, o czym marzyłam od dziecka - własny gabinet/garderobę! Niestety, uroki mieszkania w blokach zabrały mi możliwość posiadania własnego pokoju - musiałam dzielić go z siostrą, więc radość jest podwójna!
Niesamowicie cieszę się też z wakacji - mam wrażenie, że nie byłam na żadnych od wieków, a od mojego ostatniego czterodniowego pobytu nad morzem minął dopiero rok! Niestety rok był bardzo ciężki i wyczerpujący, ale mam nadzieję, że teraz będzie tylko lepiej! Moją radość z wakacji dodatkowo podkręca fakt, że po raz pierwszy w życiu zobaczę Mazury, a to, co cieszy mnie najbardziej to fakt, że będziemy nocować na jachcie, którym te Mazury będziemy opływać!
Te wszystkie wydarzenia rzucają cień także na moją stronę internetową - jej powstanie będzie nieco opóźnione, głównie ze względu na moje egzaminy i wyprowadzkę lokatora. Ostateczny termin,kiedy ujrzy ona światło dzienne to 20 września. Jest jeszcze tylko jedna rzecz, mianowicie, nie mam pomysłu na jej nazwę. Myślałam o domenie z moim imieniem i nazwiskiem, ale nie jestem jeszcze przekonana co do tej myśli. Ale może Wy macie jakieś świeże pomysły na adres strony? Z chęcią przeczytam wszystkie propozycje i będę bardzo wdzięczna!
Do zobaczenia już wkrótce!
Wiem, to okropne, wpadam tutaj drugi raz w miesiącu i znów tylko po to, by się wytłumaczyć.
W moim życiu dzieje się ostatnio wiele, żeby nie powiedzieć, że zbyt wiele. Pracuję, przygotowuję się do egzaminów (3, 10 i 11 września), ponieważ w trakcie ich pierwszych terminów robiłam praktyki, przygotowuję się do wyjazdu na wakacje (03-09 września) i próbuję ogarnąć wyprowadzkę naszego współlokatora, która odbędzie się już za 2 tygodnie - prawdopodobnie 10 i 11 września, więc muszę kupić wszystkie te rzeczy, o których do tej pory nie myślałam - część garnków, mikser,czajnik i blaszki do pieczenia są przecież jego! Nagłym zbiegiem okoliczności okazało się, że moje prawo jazdy muszę zdać jak najszybciej, czytaj do końca września. Powód - dorobiłam się samochodu. Póki co mój mężczyzna robi za mojego osobistego szofera, ale samochodem mogę podróżować tylko wtedy, kiedy ma czas. A ponieważ mój instruktor nie nauczył mnie wszystkiego - jazda po mieście, parkowanie przodem i w zatoczce oraz górka są ok, ale mój łuk pozostawia wiele do życzenia, a parkowania tyłem nie ćwiczyłam w ogóle, więc byłam zmuszona dobrać dodatkowe jazdy, a przy moim ostatnim grafiku to naprawdę trudne. Po skończeniu jazd muszę jeszcze zdać egzamin wewnętrzny i doczekać się (miejmy nadzieję niezbyt odległego w czasie) terminu egzaminu. Do tego po wyczyszczeniu klimatyzacji w mojej pracy jest tak przeraźliwie lodowato, że już zdążyłam się przeziębić, więc wszystko to jest podwójnie trudne.
Dużo się dzieje, czeka nas spora zmiana, zamieszkamy tylko ze sobą, wreszcie będę mogła stworzyć coś, o czym marzyłam od dziecka - własny gabinet/garderobę! Niestety, uroki mieszkania w blokach zabrały mi możliwość posiadania własnego pokoju - musiałam dzielić go z siostrą, więc radość jest podwójna!
Niesamowicie cieszę się też z wakacji - mam wrażenie, że nie byłam na żadnych od wieków, a od mojego ostatniego czterodniowego pobytu nad morzem minął dopiero rok! Niestety rok był bardzo ciężki i wyczerpujący, ale mam nadzieję, że teraz będzie tylko lepiej! Moją radość z wakacji dodatkowo podkręca fakt, że po raz pierwszy w życiu zobaczę Mazury, a to, co cieszy mnie najbardziej to fakt, że będziemy nocować na jachcie, którym te Mazury będziemy opływać!
Te wszystkie wydarzenia rzucają cień także na moją stronę internetową - jej powstanie będzie nieco opóźnione, głównie ze względu na moje egzaminy i wyprowadzkę lokatora. Ostateczny termin,kiedy ujrzy ona światło dzienne to 20 września. Jest jeszcze tylko jedna rzecz, mianowicie, nie mam pomysłu na jej nazwę. Myślałam o domenie z moim imieniem i nazwiskiem, ale nie jestem jeszcze przekonana co do tej myśli. Ale może Wy macie jakieś świeże pomysły na adres strony? Z chęcią przeczytam wszystkie propozycje i będę bardzo wdzięczna!
Do zobaczenia już wkrótce!
Subskrybuj:
Posty (Atom)