poniedziałek, kwietnia 1

Zmiany, zmiany, zmiany...

Plany na kwiecień miałam zupełnie inne. Ale przyzwyczaiłam się już, że kiedy mam coś zaplanowane, okazuje się, że moje plany muszą zaczekać. Tak jest także teraz. Można powiedzieć, że zaczynam nowy rozdział w życiu. Przynajmniej tak się czuję. Musimy się wyprowadzić z mieszkania, które wynajmujemy od ponad 3 lat, a ponieważ i ja i mój partner wiążemy z nim wiele przyjemnych wspomnień odczuwamy tę przeprowadzkę bardziej niż się spodziewaliśmy. Co prawda właściciel dał nam czas do połowy czerwca, ale ze względu na fakt, że w maju mój partner wyjeżdża na miesiąc za granicę, a czerwiec to czas sesji, mieszkanie musimy znaleźć jeszcze w kwietniu, a z przeprowadzką musimy się wyrobić w długi weekend.
W związku z tym muszę przygotować się do wyprowadzki - pozbyć się niepotrzebnych rzeczy, uporządkować dokumenty i notatki, a także generalnie posprzątać mieszkanie. To także dobry moment, żeby zrobić przegląd szafy.
Dodatkowo mam do napisania referat, który mam przedstawić w maju na konferencji naukowej i ogrom nauki. Chciałabym też przeczytać choć jedną książkę i nadrobić kinowe nowości.
Z jednej strony jestem przybita przeprowadzką, ale z drugiej strony jestem niesamowicie podniecona faktem, że za kilka tygodni będę urządzać mieszkanie, a przede wszystkim swoje biuro. Mam już kilkanaście pomysłów, ale wszystko zależy od możliwości mieszkania, na jakie się zdecydujemy.
Tym sposobem plan na kwiecień to przede wszystkim znalezienie odpowiedniego mieszkania, co okazuje się nie być takie proste. Za sobą mamy już rozmowę na temat tego, w jakiej lokalizacji szukamy mieszkania, czego od niego oczekujemy i jak powinno ono wyglądać, a także przeglądnięcie miliona ogłoszeń. Jesteśmy umówieni, by kilka z nich zobaczyć, więc mam nadzieję, nie potrwa to długo. Sprzątanie i opróżnianie domu z niepotrzebnych rzeczy mam rozplanowane na cały miesiąc, więc powinno się to odbyć niezbyt dużym nakładem pracy.

wtorek, marca 26

Musicie wiedzieć, że...

... jestem pracoholikiem. W dodatku pracoholikiem z zapędami perfekcjonistki. Nie uważam tego za problem, wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że jest to jedna z moich dobrych cech. No, może poza momentami, kiedy w słuchawce słyszę "Córcia, dwa tygodnie się nie odzywałaś, masz w ogóle czas coś zjeść?" od mamy i wyrzutami ze strony mojego partnera, który po kilku tygodniach wytężonej pracy dosłownie DOMAGA się spędzenia czasu TYLKO ze mną. Ale taka już jestem, chyba większość moich znajomych zdążyła już się do tego przyzwyczaić.
Uwielbiam mieć dużo do zrobienia - wtedy czuję, że żyję. Nie lubię także nic zostawiać "na potem". Sprawozdanie ma być robione na za tydzień? Co z tego, i tak zrobię dzisiaj, potem nie będzie czasu. Trzeba napisać raport w pracy? Nie ma problemu, będzie na jutro. Dodatkowy dzień w pracy, bo pół załogi jest na L4? Czekaj, tylko sprawdzę czy mam jutro zajęcia, ale prawdopodobnie będę! Taka jestem.
Wiele osób pewnie zarzuci mi, że jestem nieasertywna. Ale to wszystko z asertywnością nie ma nic wspólnego. Bo ja asertywna potrafię być, mogę powiedzieć, że czegoś nie zrobię. Kwestia jest tylko taka, że lubię swoją pracę i nie mam nic przeciwko napisaniu dodatkowego raportu. Oczywiście, zdarzają się dni, kiedy za nic w świecie nie wezmę dodatkowego dyżuru ani papierkowej roboty do zrobienia, bo nie mam czasu bądź mam inne plany. Zdarza się, choć przyznam szczerze - rzadko.
Uważam, że zdanie "Nie mam czasu" nie powinno istnieć. Albo chociaż nie powinno być używane tak często. Bo jeżeli chcemy coś zrobić, to czas znajdziemy zawsze, niezależnie od tego ile mamy do zrobienia. To kwestia chęci, a także - moim zdaniem - organizacji i pewnych trików, których każdy z nas może się nauczyć.
Kiedy miałam 15 lat moi rówieśnicy narzekali, że nie mają czasu nigdzie wyjść, bo są taaaaak zawaleni nauką i pomaganiem w domu... Ja, w czasie, kiedy oni narzekali, po szkole pomagałam w małym sklepiku prowadzonym przez dziadków i mamę, chodziłam do szkoły muzycznej i na francuski, miałam jedną z wyższych średnich w szkole i czas by wyjść ze znajomymi. Organizacji nauczyłam się już wtedy. Bo pracowitości i sumienności nauczyła mnie babcia. Dzięki temu nauczyłam się radzić sobie w dorosłym życiu.
Ale wracając do sedna. Pracoholikiem jestem, to fakt. Ale dodatkowo jestem ambitna, moja mama twierdzi, że za bardzo, że czasem powinnam nauczyć się odpuszczać samej sobie. Może ma rację, nie wiem. Ale moja ambicja powoduje, że staram się być perfekcyjna we wszystkim co robię, niezależnie, czy są to studia, praca czy hobby. Czasami jestem tak pochłonięta pracą i studiami, że wpadam w (jak określa to mój partner) czarną dziurę - zapominam o całym świecie, liczą się tylko, albo przede wszystkim realizowane projekty. I ma rację.
Ostatnio też wpadłam w "czarną dziurę" - praca, studia na dwóch kierunkach, realizacja dwóch projektów badawczych (staram się o stypendium), samorozwój, który w moim przypadku ostatnio ograniczał się jedynie do wizyt w siłowni trzy razy w tygodniu i nauki francuskiego, a w wolnych chwilach dbanie o dom zawładnęły moją głową - i mimo, że w planach na marzec miałam wiele innych projektów, to nawet nie obejrzałam się, kiedy miesiąc minął. A we mnie pozostał niedosyt, bo mam wrażenie, że coraz mniej czasu poświęcam tej stronie. Bo skoro daję z siebie 150% na innych polach działania, to dlaczego nie daję z siebie tyle tutaj? Przecież uwielbiam pisać. Rozważałam nawet rozesłanie swoich wypocin do kilku redakcji, bo zawsze chciałam pisać.
W tym wypadku postanowiłam położyć przed sobą wyzwanie - po pierwsze, chciałabym, by w kwietniu pojawiło się tu 8 - 10 nowych artykułów. Początkowo w planach miałam pisanie co drugi dzień, jednak po głębszej analizie tego problemu i przestudiowaniu kalendarza stwierdziłam, że to niemożliwe.
Tak jak mówiłam, lubię, kiedy wszystko co robię jest perfekcyjne, a artykułom, które tu zamieszczam poświęcam bardzo dużo czasu - napisanie jednego tekstu zajmuje minimum godzinę, a dopracowanie go i znalezienie odpowiednich zdjęć zajmuje co najmniej kolejną godzinę. Dodatkowo w kwietniu dzieje się naprawdę dużo - poza pracą, mam nawał kolokwiów (od 5 kwietnia średnio 2 kolokwia w tygodniu, i tak do końca miesiąca). W pierwszy weekend po świętach także jestem wyjęta z życia, ponieważ pomagam mojemu partnerowi w organizacji pewnego dość dużego przedsięwzięcia, które ma się odbyć już 6 kwietnia. A na dokładkę jeszcze projekty badawcze, każdy inny, mimo że z pokrewnych dziedzin nauki, ale każdemu z osobna muszę poświęcać około 10 godzin tygodniowo, które muszę zamknąć do końca miesiąca, bo w maju czekają mnie kolejne konferencje naukowe, w czasie których będę opowiadać o badaniach jakie prowadzę. A do tego wszystkiego dochodzi fakt, że staram się o staż w laboratorium, co oznacza, że przede mną rozmowy wstępne, egzamin praktyczny, teoretyczny oraz właściwa rozmowa kwalifikacyjna.
Po realnej analizie czasu, jaki mi pozostaje, stwierdziłam, że powinno mi się udać napisać 8 do 10 artykułów.
Mam nadzieję, że Wy nie macie mi za złe utknięcia w mojej "czarnej dziurze" i że zajrzycie tu ponownie, kiedy ukażą się nowe artykuły :)

wtorek, marca 5

Tydzień z życia - Poniedziałek

4.45 - Budzik wyrywa mnie z mojego cudownego, trwającego całe 3 godziny i 15 minut snu. Pierwsza myśl - trzeba my. Druga - nie chce mi się. Trzecia - jeszcze pół godzinki... Czwarta - nie, wstajemy. Kołdra i łóżko, które rano zawsze emituje największe pole grawitacyjne wy grywa. Nastawiam budzik na jeszcze pół godziny.
5.45 - ZASPAŁAM!!!!!!!!!!!! Szybko wyskakuję z łóżka - masakra, jak zimno!!! Naciągam na siebie dres, a w myślach mam tylko jedno pytanie - Co pierwsze - prysznic czy kawa? Obawiam się, że jeżeli kawa będzie pierwsza, nie wyrobię się z wysuszeniem włosów, a jeżeli najpierw wezmę prysznic mogę wyjść z domu bez czegokolwiek w żołądku. Wygrała kawa. Wskakuję pod prysznic, ale nie myję głowy - trudno, gumki do włosów przecież po coś wynaleziono, zwiążę je w koński ogon. Mój prysznic trwał może 10 minut. Szybko się wycieram i wskakuję w ubranie. O balsamie do ciała mogę pomarzyć.
6.05 - Dobra, czas doprowadzić się do stanu używalności, bo jak tak dalej pójdzie, to ludzie na ulicy będą krzyczeć na mój widok.
6.35 - śniadanie. O ile pączka z różą popitą szklanką pepsi, w dodatku zjedzonych podczas sprintu między rożnymi częściami mieszkania, można nazwać śniadaniem.
6.50 - Gdzie jest moja torebka?
7.12 - uff, zdążyłam na autobus. Płaskie buty kolejny raz wygrywają moją wewnętrzną bitwę między pięknym wyglądem a komfortem sprintu do autobusu.
7.25 - telefon - G. pyta kiedy wyszłam z domu bo nie słyszał. Pewnie że nie słyszał, bo spał jak zabity.
7.35 - czemu ten autobus ciągle stoi?!
7.45 - Trasa, którą normalnie autobusy pokonują w 12 minut, trwała pół godziny. Pieprzeni drogowcy, zawsze muszą łatać dziury w asfalcie o 7 rano!
8.00 - Dobiegam do sali wykładowej przed rozpoczęciem wykładu. Jakimś cudem. Plany kupienia świeżego pieczywa i czegoś, co mogłabym zjeść na drugie śniadanie w pobliskiej piekarni poszły w las. Wszystko przez drogowców.
8.45 - "Proszę Państwa, to by było na tyle na dziś" słyszę i wydaje mi się, że się przesłyszałam. Przecież jeszcze 45 minut wykładu! Cudownie, nie ma to jak przyjechać na półgodzinny wykład.
8.55 - tramwaj, kierunek - druga uczelnia. Czas załatwić kilka spraw.
11.00 - Katedra fizjologii, właśnie skończyłam rozbijać wigwam przed gabinetem jednego ćwiczeniowca. Po pół godziny koczowania pod gabinetem stwierdzam, że to nie ma sensu - idę załatwić resztę spraw, wrócę później, może będzie.
11.30 - załatwiam milion innych spraw, udaje mi się kupić coś do jedzenia, wpaść na uczelnię G., by wypić z nim kawę (jak to jest, że on wstając o 7.30 i mając zajęcia o 10 nie jest w stanie nic zjeść przed ich rozpoczęciem?!), wykonać z 5 telefonów, załatwić ubezpieczenie samochodu, zrobić zakupy w Rossmannie i pobiec dalej.
12.30 - Doktora dalej nie ma, a ja mam jeszcze milion innych spraw, wykład za pół godziny i torbę, która waży z 5 kilo. Kocham polować na wpisy.
12.50 - uczelnia po raz drugi. Przed wykładem udaje mi się jeszcze coś zjeść, więc może pół sali nie będzie słyszało jak burczy mi w brzuchu.
15.00 - Koniec wykładów na dziś. Kierunek - tramwaj. W międzyczasie dostaję smsa, że spotkania koła naukowego nie będzie. W takim razie pędzę do mięsnego - będzie spaghetti!
16.30 - wreszcie w domu!
18.00 - obiad ugotowany, pranie zrobione, naczynia pozmywane, mieszkanie posprzątane, ubrania na jutro przygotowane. Marzę o kąpieli, więc postanawiam spełnić marzenie. Kąpiel umilam sobie nowym żelem do mycia ciała, który cudownie pachnie cukierkami... Tego mi było trzeba.
19.00 - Zaraz po kąpieli, poziom mojej energii spada do zera. Nie pomaga nawet kawa. Postanawiam więc zdrzemnąć się chwilę.
22.30 - ZNOWU ZASPAŁAM! Obudził mnie wchodzący do domu mąż. Cudownie. Znaczy się - nie zdążę już poćwiczyć. I będę musiała wstać w nocy, żeby nauczyć się tego, co miałam w planach na dziś po południu.
00.00 - nie mam siły na nic. Zjadłam kolację, obejrzałam nowy odcinek lekarzy (swoją drogą - opera mydlana się z niego robi, nie mam zamiaru go więcej oglądać). Czas na kolejną trzygodzinną drzemkę i kolejny długi dzień.




Myśl przewodnia dnia: ZASPAŁAM!!!!! oraz  Dlaczego wszystko stoi i skąd ludzie mają czas na tak wolne chodzenie?
Dzień sponsorowany przez: hektolitry kawy i ważącą 5 kilo torebkę, w której sama mogłabym się zmieścić.


niedziela, marca 3

Tłumaczy się jedynie winny...

... czyli co się stało, że na blogu nic się nie działo?

W moim życiu dzieje się ostatnio sporo, i choć nie widać tego po ilości wpisów na blogu, to przez ostatni miesiąc zastanawiałam się, kto zabrał mi kilka godzin z doby.
Luty, mimo że krótki dał mi w kość. W trakcie 28 dni pracowałam, studiowałam, domykałam sesję na obu kierunkach, czytałam, przeżywałam perfekcyjny miesiąc, chorowałam i robiłam milion innych rzeczy.
Przede wszystkim od 2 tygodni jestem chora i nie mogę się wyleczyć. Postanowiłam jednak nie dać się chorobie i nie rezygnować z planów, które miałam na ten miesiąc. Póki co jest w miarę, najgorszy okres choroby mam już za sobą - gorączka minęła i odzyskuję utracony głos.
Sesja zaliczona, na obu kierunkach. Wszystko zdane. Na chemii osiągnęłam nawet upragnioną średnią 4.0, co jest sporym wyczynem, biorąc pod uwagę fakt, że pracuję na pełnym etacie i mam jeszcze drugi kierunek.
Perfekcyjny miesiąc okazał się w moim przypadku tak dużym sukcesem, że postanowiłam przeciągnąć wyzwanie na kolejny miesiąc. Ustaliłam już priorytety na marzec, plan idealnego tygodnia też ujrzał już światło dzienne. Wszystko jest przygotowane, teraz tylko trzeba zacząć działać!







Jednym z planów na marzec jest częstsze pojawianie się w sieci. Mam nadzieję, że czas i obowiązki pozwolą mi na publikowanie większej ilości artykułów, ale nie jestem w stanie obiecać, publikowania codziennie, zwłaszcza ze względu na swój perfekcjonizm, ponieważ zawsze staram się dopracować każdy post w najmniejszym nawet szczególe. Mam jednak kilka postów w planach - pojawią się tu między innymi obiecani już ulubieńcy lutego - na razie czekam jednak na powrót aparatu z naprawy, bo chciałabym by zdjęcia były w jak najlepszej jakości. Od jutra rusza znów projekt "Tydzień z życia" - wiele osób pisało, że cykl ten jest dla Was inspirujący, a dla mnie jest on jednocześnie bardzo motywujący, więc czemu nie skorzystać z możliwości motywacji i inspiracji wielu osób jednocześnie? Planuję też artykuł o podejściu do obowiązków w pracy i w domu, a także o wczesnym wstawaniu i organizacji otoczenia. Mam zamiar pokazać Wam, jak z rzeczy, które każdy z nas posiada w domu, stworzyć coś, co przyda się w organizacji czasu.

Myślałam też o stworzeniu twittera i facebookowej strony, dzięki któremu będę mogła informować Was na bieżąco o wielu istotnych rzeczach, ale nie jestem przekonana czy to dobry pomysł.

To by było na tyle, teraz uciekam działać - do zobaczenia jutro w "Tygodniu z życia"!

piątek, lutego 15

A Ty? Masz swoje alter ego?

O tym, że posiadam alter ego powiedzieli mi przyjaciele kilka lat temu. Powiedzieli, że oglądali ostatnio razem sezon pewnego serialu i pierwsze o czym pomyśleli to ja. Po krótce opisali mi tę postać, ale nie byłam przekonana do ich przemyśleń. Kilka dni później, z czystej ciekawości, pożyczyłam od nich DVD i obejrzałam cały sezon tego serialu, odcinek po odcinku. I co? I od razu pokochałam główną bohaterkę! Dlaczego? Uwielbiałam jej racjonalizm, jej żarty (które, jak się okazało później, gdy z przyjaciółmi oglądałam sezon 2 tego serialu, śmieszą tylko mnie i bohaterkę serialu), podejście do życia i fakt, że mówiłyśmy DOSŁOWNIE tym samym językiem. Sformułowań "Nie rozumiem co to znaczy" albo (ulubione moich przyjaciół - opowiadają to każdej nowo przybyłej do grupy osobie) "Kobieta pamięta więcej przez fakt, że posiada większy hipokamp, co w praktyce oznacza, że ewolucyjnie mężczyźni są po prostu głupsi od kobiet" używamy obie.
Okazało się, że nawet komentując scenę z danego serialu zdarza mi się powiedzieć mniej więcej to samo co bohaterka. W dodatku ubieramy się IDENTYCZNIE. Kurtka parka, dżinsy dzwony, żakiet, koszule, trencz, duże naszyjniki i sukienki podkreślające talię to moje ulubione ubrania. Jak się jednak okazało nie tylko moje. W dodatku specjalizacja, którą wybrałam jest identyczna z tą, którą wykonuje bohaterka. Na początku było to nieco przerażające, ale teraz wydaje mi się, że jest to dość zabawne.
O kim mówię? O głównej bohaterce serialu Kości - Temperance Brennan.




A Wy? Macie swoje alter ego?

niedziela, lutego 10

Perfekcyjny miesiąc. Zadanie 3 - Organizacja i zarządzanie czasem.


Co jest jedną z najważniejszych rzeczy w przeżyciu idealnego miesiąca? Przede wszystkim - organizacja czasu! Na wiele spraw nie mamy wpływu, ale to, co możemy zmienić, to nasza wydajność w pracy czy nauce. To pomaga osiągnąć więcej w bardzo prosty sposób.
Organizacja czasu nie jest czymś trudnym, każdy z nas może się jej nauczyć. Kluczową sprawą jest sumienność i .... porządek. Może to brzmi śmiesznie, ale kiedy wysprzątałam całe mieszkanie jestem w stanie bez zastanowienia powiedzieć, gdzie leży jakaś konkretna rzecz. To naprawdę wiele ułatwia, zwłaszcza kiedy masz przed sobą wizję wielu spraw do załatwienia.
Każdy z nas ma inne sposoby organizacji swojej przestrzeni i czasu. Ja wypracowałam sobie kilka, które sprawdzają się u mnie idealnie i dzięki którym moja organizacja wzrasta. Ale o tym w następnym poście z tej serii.
Dziś czas na organizację czasu.



Co jest podstawą dobrej organizacji czasu? Planowanie.
Spędzając 30 minut dziennie na zaplanowaniu tego, co chcemy zrobić następnego dnia zyskujemy naprawdę sporo czasu w ciągu dnia. Dlaczego? Jest kilka powodów - przede wszystkim nie zastanawiamy się, za co się zabrać, w co najpierw włożyć ręce. Po drugie - kiedy mamy zaplanowany dzień, zazwyczaj jesteśmy w stanie wcześniej przyszykować sobie rzeczy, z których będziemy korzystać czy też ubranie, które na siebie założymy, przez co w rezultacie tracimy mniej czasu. Po trzecie - kiedy wiemy, co mamy do zrobienia ustalamy też pewien harmonogram, priorytet, kolejność wykonywanych czynności.
Załóżmy że w środę o 9 mamy egzamin na jednym kierunku, a o 10.30 2 kolokwia zaliczeniowe na drugim kierunku, musimy pojechać do pracy, żeby oddać skończoną papierkową robotę, trzeba zrobić zakupy, oddać buty do szewca i w dodatku o 12 macie umówioną wizytę u lekarza, a o 17.30 u fryzjera. Na pierwszy rzut oka nie do ogarnięcia. Ale dla dobrze zorganizowanego wszystko jest możliwe. Wiadomym jest, że mając podane konkretne godziny wszystko łatwiej zorganizować, więc logistycznie mamy już rozplanowane egzaminy, lekarza i fryzjera. I między to wszystko trzeba wcisnąć zakupy, szewca i oddanie papierów do pracy. Między egzaminami i lekarzem prawdopodobnie nie będziemy mieć czasu nic załatwić. Ale między godziną 12, kiedy mamy lekarza, a 17.30 kiedy mamy wizytę u fryzjera jest naprawdę sporo czasu. Więc zaraz po wizycie u lekarza jadę do pracy. W drodze powrotnej robię zakupy i prawdopodobnie zdążę je zawieść do domu, ale jeżeli nie to nic się przecież nie stanie - pojadę z nimi na wizytę u fryzjera i stamtąd do domu.

Drugą najważniejszą rzeczą w byciu zorganizowanym i wydajnym jest określenie, co pożera nam najwięcej czasu i poradzenie sobie z tym. Musimy być jednak dla siebie niesamowicie surowi, by dokładnie określić co zjada nam czas. Niezależnie od tego, czy jest to oglądanie telewizji, przeglądanie internetu czy długie rozmowy telefoniczne musimy znaleźć sposób by te czynności przestały zjadać nasz czas.
W moim przypadku największy pożeracz czasu to Youtube. Uwielbiam oglądać filmiki z tutorialami makijażowymi, organizacją domu, gotowaniem i rzeczami, które mogę zrobić sama z niczego. Filmiki, które oglądam rozwijają moje hobby, którym jest makijaż, gotowanie, organizacja i robienie rzeczy samemu, więc wiem, że nie przestanę ich oglądać. Dlatego znalazłam na to świetny sposób - oglądam te filmiki kiedy jestem w trakcie wykonywania jakiejś innej czynności. Oglądam je kiedy biorę kąpiel, prasuję, gotuję czy sprzątam. Czasami, gdy mam więcej czasu oglądam je rano, gdy jem śniadanie lub zbieram się  do wyjścia. W ten sposób wilk jest syty i owca cała - nie tracę czasu i mogę oglądać to, co lubię.
Mój partner jest uzależniony od facebooka i demotywatorów. Sprawę rozwiązał pakiet inernetowy w smartfonie, który posiada - dzięki temu przegląda te strony na przykład jadąc autobusem czy czekając w kolejce i nie musi już sprawdzać tych stron, kiedy jest w domu.
Na każdy pożeracz czasu jest sposób - zbyt dużo czasu spędzasz oglądając seriale? W internecie możesz je obejrzeć za darmo nawet kilka dni po wyświetleniu w telewizji, więc nie musisz uzależniać planu dnia od emisji kolejnego odcinka "Na wspólnej" czy "Klanu" - kiedy będziesz mieć wolny czas obejrzysz te odcinki na platformie internetowej.

Po trzecie - zapisuj.
Noś przy sobie notes lub kalendarz i zapisuj w nim DOSŁOWNIE wszystko, co przyjdzie Ci do głowy - pomysł na posta, co kupić na obiad, co trzeba jeszcze zrobić w domu lub o co miałeś zapytać mamę. Zapisuj wszystko. Kiedy przyjdziesz do domu lub znajdziesz inną wolną chwilę w ciągu dnia przepisz te pomysły na czysto - do kalendarza, notatnika internetowego lub na inną podobną stronę. Ja używam strony Remember the Milk. Czy wśród zadań, które miałeś wykonać są jakieś, które da się wykonać maksymalnie w 5 minut? Jeśli tak, to zrób je od razu, nawet jeżeli nie masz ochoty albo jest późny wieczór i najchętniej położyłbyś się spać. Przecież to tylko 5 minut.
To zadanie na resztę idealnego miesiąca. Zacznij już dziś i daj znać, czy organizacja czasu pomogła Ci zwiększyć swoją wydajność. Ja dzięki tym trzem sposobom i kilku sposobom, o których przeczytasz w następnym artykule z tej serii zwiększyłam swoją wydajność maksymalnie i w porównaniu do tego, co robiłam ponad pół roku temu mogę z ręką na sercu stwierdzić, że w tym momencie wyrabiam 200% normy.

czwartek, lutego 7

Kwiat pustyni - szczera opowieść o nieziemskim bólu.

Tego posta piszę na gorąco, chwilę po obejrzeniu filmu, który niesamowicie mnie poruszył. Bardzo przepraszam, jeżeli nie będzie ona tak dopracowana jak bym chciała, ale wiem, że jeżeli nie napiszę tego teraz - jutro część myśli uleci mi z głowy.
Właśnie skończyłam oglądać "Kwiat pustyni". Książki niestety nie było mi dane przeczytać, ale wiem, że sięgnę po nią kiedy tylko będę miała okazję.
Historię afrykańskiej modelki, która jako 3-latka zostaje poddana kastracji, a jako jedenastolatka ucieka z domu, bo nie chce wyjść za 61-letniego mężczyznę słyszałam już jako nastolatka. I wtedy reagowałam na nią tak samo jak teraz - dreszczami na plecach.
Film jest naprawdę poruszający. Płakałam na nim jak bóbr, chociaż nie jestem zbyt wylewną osobą. to jeden z tych filmów, po których jestem tak poruszona, że sama nie wiem, co tak naprawdę powinnam powiedzieć. Podziwiam tę kobietę za wytrwałość i siłę psychiczną. Nie wiem, czy dałabym radę na jej miejscu. Jako osoba, która sama ma za sobą pewnego rodzaju traumę mogę potwierdzić, że uraz zostaje w głowie na zawsze. Nie wyobrażam sobie jednak, jak wiele musiała przejść w swoim życiu ta kobieta i z jak wielkim bagażem idzie przez życie. Jej trauma zaczęła się w wieku 3 lat i skończyła, kiedy miała około 20.
Nie mogę jednak przeboleć faktu, jak brutalna jest tamtejsza kultura. Kobieta, która musi trzymać swoje niewinne, kilkuletnie dziecko i zatykać mu usta żeby nie krzyczało, kiedy stara znachorka tępą żyletką wycina jej praktycznie całą waginę. To jak wiele bólu i cierpienia musi znieść mała dziewczynka i jak brutalnie musi zachować się jej matka doskonale wiedząc, jakie cierpienie musi zadać swojemu dziecku. To samo cierpienie, które ona pamięta z czasów, kiedy sama przez to przechodziła. To nieludzkie.
Co więcej, przypuszczam, że gdyby mężczyzna w tamtejszej kulturze kiedykolwiek doświadczył takiego bólu w celach religijnych, zwyczaj ten dawno byłby zniesiony.
Co prawda w większości krajów afrykańskich uważa się obecnie za przestępstwo obrzezanie dziewczynek, to mimo wszystko nadal jest to praktykowane. Rytuał religijny jest ważniejszy niż zdrowie dziecka, zdrowie kobiety. Tak nie powinno być.

środa, lutego 6

Dziewczyno, bądź zołzą!

Drodzy Panowie, bardzo cenię sobie Waszą obecność tutaj, ale dziś musicie znaleźć sobie coś innego do czytania.
Drogie Panie, pamiętacie mój wpis o byciu singlem w związku? Po tym wpisie dostałam sporo maili, które mówiły o tym, że ta notka pojawiła się w odpowiednim momencie ich życia. Było też sporo maili z pytaniem "Co mam zrobić, w moim związku nie jest dobrze". Nie jestem psychologiem, więc mogę się mylić, ale jestem antropologiem w pełnym tego słowa znaczeniu - poza czystą biologią uwielbiam obserwować ludzi i zależności między nimi. Osobiście uważam, że antropologia ma wiele wspólnego z psychologią, oczywiście bez urazy dla psychologów! Ale do rzeczy.
Co z tą zołzą? Wiele z Was pewnie słyszało o książce "Dlaczego mężczyźni kochają zołzy?". Ja też wiele o niej słyszałam, ale przyznam szczerze, że nie była to książka, po którą miałam zamiar sięgnąć będąc w księgarni. Jednak wpadła ona w moje ręce przez zupełny przypadek - czytała ją moja przyjaciółka. Powiem szczerze - nie przeczytałam jej od deski do deski, bo nie miałam takiego zamiaru. Przeczytałam trzy pierwsze rozdziały i stwierdziłam, że nie ma w tej książce nic, czego bym nie wiedziała.
Uprzedzę pytania, które prawdopodobnie zadacie mi po przeczytaniu tego artykułu - nie, nie zostałam wychowana na tytułową zołzę. Mówiąc szczerze zazdroszczę kobietom, które zostały tak wychowane przez matki i babki. Ja zostałam wychowana na grzeczną i miłą dziewczynkę - przeciwieństwo zołzy. Wychowywała mnie kobieta, która urodziła się w czasie wojny, w dodatku w Rosji, gdzie panował patriarchat. Mężczyzna był najważniejszy, nie liczyło się zdanie kobiety. I w takim przekonaniu zostałam wychowana. Zbuntowałam się jednak, kiedy zauważyłam, że to nie działa. Od kiedy siebie i swoje pasje stawiam w rankingu wyżej niż swojego partnera, w moim związku dzieje się lepiej.
Wracając do zołzy - zołza to nie zrzędząca jędza, która nie ma się z czego cieszyć w życiu. To stwierdzenie ma teraz nieco inne znaczenie - słysząc 'zołza' powinnyśmy słyszeć - pewna siebie kobieta, która nie boi się stawiać granic. Bycie zołzą nie ma nic wspólnego z byciem wredną czy niemiłą. Wręcz przeciwnie. Zołza jest miła i uśmiechnięta. Nie marudzi. Kiedy jej się coś nie podoba nie przestaje być kulturalna, tylko w delikatny sposób daje do zrozumienia, że coś jej się nie podoba.





Po pierwsze - nie podawaj mu siebie na tacy niezależnie od tego czy to pierwsza randka czy dziesięcioletni związek. Wiesz dlaczego kobiety zapamiętują wiele rzeczy łatwiej niż mężczyźni? Bo mają bardziej rozwinięty hipokamp. Mężczyźni za to mają lepiej rozwinięty płat czołowy, dzięki czemu w dawnych czasach potrafili upolować mamuta i przyciągnąć go do domu. Choć obecnie nie muszą już tak brutalnie zdobywać pożywienia ich płat czołowy nadal ma większe rozmiary od kobiecego, co oznacza, że nadal jest w nim instynkt łowcy. Także jeżeli chodzi o Ciebie - jeśli starasz się za bardzo - codzienne robisz wykwintne obiady z deserem i jesteś na dosłownie każde zawołanie - on się zniechęca, bo to tak jakby antylopa celowo położyła się przed lwem mówiąc 'zjedz mnie'. To obdziera go z naturalnego instynktu łowcy, bo widzi, że nie musi się starać. Jeśli masz swoich znajomych, nie podskakujesz z radości za każdym razem kiedy on proponuje obejrzenie kolejnego odcinka "Na dobre i na złe", bo masz inne plany - budzi się w nim łowca. Dlaczego? Bo zazwyczaj miał to co chciał na wyciągnięcie ręki, więc uważał, że posiadanie tego jest naturalne. Ty wyłamałaś się z jego stereotypu, więc będzie Cię zdobywał najbardziej wyszukanymi sposobami. To naprawdę działa - sama sprawdziłam :)

Po drugie - mężczyzna nie reaguje na słowa, ale na ich brak. Motorem napędowym dla nich jest brak kontaktu. Opowiem Wam o tym na swoim przykładzie. Kiedy mam wolny weekend, na który nie mam planów mogę godzinami stać przed nim i prosić go o zrobienie czegoś razem, a on nawet nie kiwnie palcem. Moja zasada - próbuję 2 razy - kiedy widzę że nic z tego spotykam się z przyjaciółką, idę na spacer albo czytam książkę. Sytuacja odwraca się o 180 stopni kiedy mam dużo pracy, często nie ma mnie w domu, a kiedy już jestem, zamiast oglądać z nim serial wykonuję swoje obowiązki domowe, czytam książkę lub uczę się - początkowo on nie zauważa mojej nieobecności. Ale kiedy taka sytuacja trwa dłużej - kilkanaście dni - sam zaczyna zabiegać o moje towarzystwo - proponuje kino, sam zrobi kolację, wykonuje nawet obowiązki domowe, które są wypisane na samoprzylepnych karteczkach na tablicy w moim pokoju, bo chce, żebym czas, który normalnie poświęciłabym obowiązkom, spędziła z nim.

Po trzecie - postawa w stylu "Jestem pewna siebie, jeśli chcesz to weź, jeśli nie, masz pecha, bo ja nie mam zamiaru nad tym ubolewać" zawsze działa. Nawet w pięcioletnim związku. Jeśli pokazujesz facetowi, że jesteś niepewna siebie i bez niego nie jesteś w stanie nawet zorganizować sobie czasu, to on uwierzy, że ma Cię w garści, a od tego już kilka kroków do traktowania Cię jako dodatek do życia. Siedzenie przy komputerze i granie w gry, kiedy mieliście spędzić czas razem - znacie to? Ja tak. W takiej sytuacji zbieram się, dzwonię do przyjaciółki i wychodzę albo robię coś dla siebie - kąpiel i dobra książka? Malowanie paznokci i dobry film? Skupienie się na nauce i przygotowanie na kolejne zajęcia? Pewnie. Jak dla mnie wszystko jest lepsze od siedzenia i patrzenia jak mój partner zarzyna swoją kartę graficzną kolejną strzelanką. A już na pewno lepsze niż marudzenie mu nad uchem, że miał spędzić czas ze mną. A on? Przyjdzie i przeprosi. Za pięć minut, pół godziny albo wieczorem, ale zrobi to na pewno.

Po czwarte - postawa "Dla Ciebie wszystko". Czy Wy też zastanawiacie się dlaczego po 2 miesiącach związku u facetów zanika ta postawa, a my kobiety mamy tak jeszcze bardzo bardzo długo? Kiedyś rzucałam wszystko i biegłam oglądać serial, kiedy tylko mój partner miał na to ochotę. Teraz? Gdy jestem zajęta mówię mu, że chętnie obejrzę z nim kolejny odcinek, ale kiedy skończę to, co sobie zaplanowałam. Wierzcie mi, kiedy tylko przyjdziecie i powiecie, że teraz macie godzinkę, którą możecie poświęcić jemu, to on rzuci wszystko i pobiegnie spędzić z Wami chwilę.

Po piąte - ceń siebie! - Wierzcie mi, faceci naprawdę nie zauważają naszych niedoskonałości. Uważasz że masz zbyt szerokie biodra, za grube uda albo zbyt mały biust? Po pierwsze, skoro facet spotyka się z Tobą, a nie z klonem Pameli Anderson, to znaczy, że podobasz mu się nawet mając miseczkę A. Po drugie, kiedy facet ma przed sobą nag kobietę nie zauważa jej niedoskonałości. Żaden mężczyzna nie zauważy, że masz grube uda dopóki sama mu o tym nie powiesz.

Podsumowując - kochaj siebie! Pewne siebie kobiety, które mają własne pasje i starają się rozwijać są dla mężczyzn bardziej pociągające niż kobiety, które poza mężczyzną nie mają swojego życia. Zauważ, że osoby, które uznajemy za piękne często nie są nieprzeciętnej urody. Najgłupszy przykład, ale naprawdę dobrze ilustrujący tę tezę - oglądałam ostatnio serial "Przyjaciółki". Grają tam 4 aktorki - między Anita Sokołowska. Dr Lena Latoszek z Leśnej Góry, która w tym serialu wciela się w postać businesswoman. Szczerze - dr Lena nigdy nie wydawała mi się piękna. A Zuza - businesswoman - wydaje się naprawdę pociągająca. Cała różnica tkwi w tym, że ta druga ma własne pasje i jest bardzo kompetentna. To moje zdanie na ten temat. A co Wy myślicie?

poniedziałek, lutego 4

Perfekcyjny miesiąc. Zadanie 2 - Idealna Ty!

Każdy z nas zna osobę, z którą chętnie zamieniłby się wcieleniem. Osobę, którą chciałby być. Czasami jest to aktor, celebryta, piosenkarz, czasem postać z filmu czy książki, a często po prostu osoba którą znamy z najbliższego otoczenia.
Jaka ona jest? Jakie ma cechy? Jest ambitna, ma świetną pracę, wielu znajomych, jest świetnym fachowcem w swojej dziedzinie, ma najlepsze oceny na studiach, a może jest piękna, ma wspaniałego chłopaka, często wychodzi do klubów czy kina? Ma jakieś szczególne umiejętności, którymi mogłaby się pochwalić? Może zna trzy języki obce albo ma czarny pas w karate? Jest cicha czy może przebojowa? Co lubi? Chcielibyśmy się z nią zamienić, bo ma coś czego nie mamy my? Jeśli tak to jakie są to cechy? A może w gruncie rzeczy jesteście do siebie podobni, ale osoba, z którą chciałbyś się zamienić jest zwyczajnie lepsza od Ciebie w waszej wspólnej dziedzinie? Jeśli tak, to w czym jest lepsza i jak to osiąga?
Zastanów się chwilę nad tym, co napisałam. Twoje przemyślenia na ten temat pomogą Ci w dalszej części zadania, które mam dla Ciebie na dziś.

Zadanie na dziś jest niczym innym, jak jednym z zadań, które Edyta przygotowała na swoim blogu w ramach realizacji projektu 30 days change.  Ja jednak wprowadziłam do niego niewielkie zmiany.
Weź czystą kartkę , podziel ją na dwie części. W jednej z nich napisz dużymi drukowanymi literami "PRAWDZIWY JA", a w drugiej "IDEALNY JA".
Wypełnij te kolumny. W pierwszej z nich napisz (jak najbardziej obiektywnie) jaki jesteś. Opisz swój wygląd jak obserwator. Jak się widzisz, jakie masz zalety, a jakie wady. Skup się także na swoim charakterze, na tych cechach, które uważasz za swój największy atut i największą wadę.
Jeśli Twoje "Idealne Ja" jest wzorowane na postaci z filmu, serialu lub książki wydrukuj dodatkowo zdjęcie tej osoby.

Teraz odpowiedz sobie na kilka pytań:

Wybierz ze swojej listy "IDEALNY JA" te cechy, które są realistyczne, możesz je w sobie wypracować. Pomyśl teraz, dlaczego chciałbyś je posiadać? Jaki będziesz? Czy one zapewnią Ci spełnienie? Będziesz lepszym człowiekiem? Odczujesz satysfakcję? Te cechy umożliwią Ci wykonywanie czegoś? Powiedz po co chciałbyś je posiadać? Czy praca nad sobą, aby te cechy mieć będzie opłacalna? A może po prostu dana cecha, którą chciałbyś mieć wiąże się z pewnym rodzajem odczuć, za jakimi tęsknisz?
Przykład? Często ludzie chcą być lepsi w swoim zawodzie niekoniecznie po to, by być bardziej rozwiniętym w tej dziedzinie. Często chodzi o to, że będąc najlepszym w swoim fachu wzbudzisz zainteresowanie ludzi, będą Cię postrzegać jako bardziej wartościową osobę. Dlatego zastanów się, czy Twoje marzenia mają zaprowadzić Cię wyżej na drabinie samorozwoju czy zależy Ci na tym, by ludzie postrzegali Cię w pewien sposób. Nie ma w tym nic złego, każdy chce być postrzegany w pewien sposób. Po prostu uświadomienie tego sobie sprawi, że łatwiej będzie Ci zrozumieć siebie. Może okaże się, że uczucia których szukasz możesz znaleźć totalnie w innym miejscu?

Wybierz ze swojej listy "IDEALNY JA" te cechy, które nie są realistyczne, są niemożliwe do wypracowania i nigdy nie będziesz mógł ich posiadać, których nie możesz mieć. Na przykład - nigdy nie będziesz wyższy lub niższy, nigdy nie zmienisz koloru oczu czy tego, że ktoś ma lepszą rodzinę od Ciebie. Dlaczego cechy, których nie możesz mieć, znalazły się na Twojej liście? Jacy są ludzie, którzy je mają? Czy są w jakimś stopniu lepsi od Ciebie? Jakie inne cechy (np. charakteru) mają te osoby? Może tu nie chodzi o ich wygląd zewnętrzny, ale inne aspekty, które podziwiasz?




A teraz? Do roboty, nikt z nas nie jest idealny - jedni rodzą się z cechami, które inni chcieliby mieć, a nie potrafią z nich korzystać, a inni ciężką pracą potrafią wyrobić w sobie dobre nawyki i osiągnąć coś, co ktoś inny miał podane na tacy. Nie ma w tym nic złego - świat jest przecież różnorodny.
Zadanie numer 2 będzie nas obowiązywać przez cały okres trwania perfekcyjnego miesiąca. Potraktuj je jak wyzwanie - prawdopodobnie za miesiąc wypracujesz sobie te cechy, które chciałabyś mieć, ale może się okazać że część z nich kłóci się z Twoim wewnętrznym "ja" i nie ma sensu nad nią pracować.
Wypracować można wszystko - nawyk dbania o siebie, bycie punktualnym czy obowiązkowość. Każdy przecież potrzebuje czasu by nawyk wszedł mu w skórę.

niedziela, lutego 3

Perfekcyny miesiąc. Zadanie 1 - przeżyj perfekcyjny dzień!

Wyobraź sobie taką sytuację: wstajesz rano, za oknem jeszcze szaro. Jest bardzo wcześnie - 5.30, bo na tę godzinę miałeś ustawiony budzik. Nie ociągasz się - wstajesz od razu, bo wiesz, jak wiele zajęć na Ciebie czeka. Wykonujesz poranny trening, rozciągasz się, potem wskakujesz pod prysznic. 

Skąd w Tobie tyle energii? Bo doskonale wiesz, że dzisiaj przeżyjesz perfekcyjny dzień. Jaki będzie? 




To jest właśnie pytanie do Ciebie. Chciałbyś wstać bardzo wcześnie, czy może w okolicach 9 rano? Ile czasu przeznaczyłbyś na naukę? Co miałbyś zamiar zrobić? Może chciałbyś się podjąć trudnego zadania, za które do tej pory nie miałeś ochoty się zabrać? Może chciałbyś ugotować jakąś nową potrawę? A może zwyczajnie, chciałbyś znaleźć wieczorem czas na przeczytanie kilku rozdziałów nowej książki?

To jest zadanie na dzień pierwszy. Weź kartkę, długopis i usiądź wygodnie, puść nastrojową muzykę, jeżeli masz ochotę. Odetnij się od wszystkich zbędnych bodźców, które mogą Cię dekoncentrować. Napisz, jak miałby wyglądać Twój idealny dzień, jaki chciałabyś przeżywać każdego dnia, każdego miesiąca. Postaraj się jednak, by był realny.

Nie mam na myśli zaplanowania go co do minuty, bo to nie ma sensu, ale opisania wymarzonego dnia - tego jak chciałybyśmy go spędzić, o której chcielibyśmy wstać, jak chciałybyśmy wyglądać, co chciałybyśmy osiągnąć.
Skup się przede wszystkim na tym, jak chciałbyś, by wyglądała Twoja poranna rutyna, jak miałby wyglądać Twój idealnie spędzony wieczór i co chciałbyś osiągnąć będąc codziennie w pracy, na uczelni.
Skup się także na tym, jak Ty chciałabyś wyglądać i jak chciałabyś być postrzegana. To pomoże nam w jutrzejszym zadaniu.

Po co?

Chcesz przeżyć perfekcyjny miesiąc, więc spraw, by każdy Twój dzień był perfekcyjny. Dodatkowo, celem Idealnego Miesiąca jest także wypracowanie nowych, dobrych nawyków . Trzy tygodnie - tle czasu według naukowców potrzebujesz, by nowy nawyk wszedł Ci w skórę. Po trzech tygodniach wykonywania nawyku zaczniesz to robić, tak jak powinieneś - odruchowo! Dzisiaj zaplanujesz, jakie nawyki chcesz w swoje życie wprowadzić, a od jutra - wprowadzasz je w życie.

To jak, gotowi na zmiany?

sobota, lutego 2

Przeżyj perfekcyjny miesiąc.

Czekając na nowy komputer, który ma się zjawić u mnie jutro, zgrywam dane z dysku swojego starego notebooka. Przeglądam każdy plik, bo staram się nie zagracić niepotrzebnymi danymi swojego nowego laptopa. Kiedy przeglądałam wszystko, co nagromadziło się a moim laptopie przez praktycznie 3 lata byłam niesamowicie zdziwiona. Kilka z folderów przypomniało mi także o postach, które chciałam napisać dla Was w styczniu, ale niestety, nie udało się.
Przede wszystkim nie udało mi się doprowadzić do końca wyzwania 30 days to change. Przyznaję, że czuję się z tym źle, ponieważ jestem perfekcjonistką i zawsze chcę mieć wszystko idealnie dopięte na ostatni guzik.
Jednocześnie, od kilku tygodni, ze względu na pogodę i fakt, że jestem naprawdę zapracowana i nie wiem, kiedy znajdę chwilę, by odpocząć, jestem naprawdę mało wydajna. W ciągu dnia robię mniej niż kilka tygodni temu, w czasie cyklu "Tydzień z życia".
Te dwa powody zmusiły mnie do postanowienia, że muszę coś zmienić. Dlatego postanowiłam wprowadzić w życie projekt "Przeżyj idealny miesiąc". Luty jest do tego idealny, ponieważ za oknem nadal jest szaro i buro, a dodatkowo, jest to najkrótszy miesiąc w roku.

Na czym polega projekt?
Celem tego miesiąca jest maksymalne skupienie się na sobie i tym, co dla nas ważne. Obowiązuje zasada zdrowego egoizmu. Dbamy o siebie, swoją dietę, ćwiczymy, czytamy rozwojowe książki, ale także, a może przede wszystkim... realizujemy swoje cele.
Celem przeżycia perfekcyjnego miesiąca jest właśnie samorealizacja - realizacja celów, zjedzenie żab, wypracowanie nowych nawyków, praca nad pewnością siebie.
Będzie także kilka zadań do wykonania, które pomogą sprawić, że ten miesiąc będzie bardziej rozwojowy i łatwiejszy.

Na jakiej dziedzinie życia chcę się skupić?
W moim przypadku jest to nauka i kariera. Jednym słowem samorozwój.

Nad czym chcę pracować w ciągu następnych 26 dni?
  • Przede wszystkim chcę sporo czasu spędzić ze sobą. Dawno nie miałam chwili na zastanowienie czego chcę, dokąd zmierzam, jak bardzo zmieniły się moje priorytety i marzenia w ciągu ostatnich kilku lat.
  • Chcę prowadzić zdrowszy tryb życia - jeść (w miarę możliwości) regularnie - jeść 2 porcje owoców dziennie i 4-5 posiłków w ciągu dnia. Nie zapominać o śniadaniu. Ćwiczyć 5 dni w tygodniu.
  • Chcę przeczytać jedną lub dwie książki.
  • Chcę wypracować nawyk wczesnego wstawania - przez ostatnie dwa miesiące (wyłączając okres świąt) spałam po 3-4 godziny. Teraz, kiedy mam więcej czasu na sen, nie potrafię normalnie spać śpię za długo bo kładę się zbyt późno lub wstaję zbyt wcześnie i dosypiam w ciągu dnia. Moim celem jest wypracowanie nawyku wstawania o 5 lub 5.30 i kładzenia się spać nie później niż o północy.
  • Chcę maksymalnie skupić się na studiach - zdać całą sesję, nie mieć drugich terminów, zdobyć średnią 4.0 na chemii i dobrze rozpocząć nowy semestr. Chciałabym także więcej czasu spędzać w laboratorium. Luty to dobry czas na wymyślenie badań naukowych, którymi później będę mogła pochwalić się na konferencjach.
  • Mam zamiar zrealizować wszystkie wyznaczone sobie cele.
  • Ten miesiąc ma być przeznaczony na samorozwój. Mam zamiar jak najbardziej ograniczyć wszystko, co mnie rozprasza i prowadzi do autodestrukcji - dotyczy to także osób, z którymi jestem w toksycznych relacjach, ponieważ w ostatnim czasie zdałam sobie sprawę z tego, że mam w swoim otoczeniu kilka osób, z którymi moje relacje są toksyczne - nie mam zamiaru przebywać w towarzystwie wampirów energetycznych, osób, które sprawiają, że moja samoocena spada w dół czy ludzi, którzy poprawiają sobie nastrój i budują swoją pewność siebie kosztem mnie. Nikt nie jest tego wart!
A Wy nad czym chcecie pracować w lutym? Kto ma zamiar przeżyć perfekcyjny miesiąc ze mną?

wtorek, stycznia 29

Już niedługo...

Już za 4 dni zawitam tutaj z nowym, długim i inspirującym postem. Mam tyle pomysłów i mnóstwo notatek i postów napisanych 'na brudno' w swoim notesie, że nawet nie wiem, o czym chciałabym najpierw napisać. W planach jest seria postów na temat pewności siebie i radzenia sobie w trudnych sytuacjach, ale także inspiracji, ulubieńców i recenzji kilku książek.
W planach jest także druga część 'Tygodnia z życia", ale wydaje mi się, że zrealizuję ją dopiero po sesji, ponieważ teraz jedyne co mogę napisać, to lista przedmiotów, których już się nauczyłam i których uczyć się dopiero będę. W ciągu najbliższych dwóch tygodni z domu będę wychodzić jedynie na egzaminy lub po małe zakupy więc nie wydaje mi się, by było to godne opisania.
Tymczasem wracam do swoich obowiązków, a Wam życzę udanego wieczora!

poniedziałek, stycznia 28

Aktualizacja z pola bitwy!

Co u mnie? Za dużo, za szybko i za mało czasu. Mimo, że cały weekend i dzisiejszy dzień spędziłam w domu, nadal mam zbyt dużo do zrobienia. W dodatku mój laptop niestety umarł całkowicie, nie chce nawiązać ze mną współpracy, więc zmuszona jestem korzystać z laptopa mojego partnera, co jest dość trudne, ponieważ on potrzebuje swojego komputera permanentnie, zważywszy na zawód jaki wykonuje, więc nie mogę pisać do Was w każdej wolnej i możliwej chwili.
Mój nowiutki śliczny laptop przyjedzie do mnie dopiero w sobotę lub w niedzielę, więc jeszcze przez kilka dni mnie tu nie będzie, ale w weekend mam zamiar przybyć tutaj ze zdwojoną mocą!
Swoją drogą Wasze laptopy też psują się w momencie, kiedy macie do zrobienia 6 referatów i 3 prezentacje?
Tymczasem ja uciekam do chemii, biochemii i innych paleontologii - do napisania w weekend!

środa, stycznia 23

Big news!

Dziś tylko szybki update, zaraz znów uciekam do biochemii i innych tego typu 'przyjemności'.

Pierwszy wpis w tej sesji zdobyty! Mam nadzieję, że nadal będzie szło tak dobrze jak dziś, bo moja pierwsza ocena w indeksie to 4,5 :)

To by było na tyle, ja wracam do nauki. Mam nadzieję, że Wam także idzie dobrze!

wtorek, stycznia 22

A Ty zadzwoniłeś już do domu?


Ostatnio natknęłam się na kampanię reklamową Małopolskiego RegionalnegoOśrodka Polityki Społecznej. Szukając czegoś fajnego na Youtube przypadkiem trafiłam na filmik Wiekowe zajawkowe. Jak odnaleźć sięw stylu vintage? Reklama od razu złapała mnie za serce i bez namysłu kliknęłam w ich facebookowego funpage'a.
Co prawda pochodzę z Dolnego Śląska a nie z Małopolski, ale reklama ma w sobie głęboki przekaz niezależnie od tego, w jakim miejscu Polski czy świata mieszkamy. Prawdą jest, że żyjemy w świecie niesamowicie szybkim, gdzie zwolnienie tempa choć na chwilę, grozi zostaniem sporo w tyle w porównaniu do konkurentów. Czasu dla rodziny mamy niewiele. Sama wracam do domu rzadko, w tym roku nawet święta Bożego Narodzenia spędziłam z dala od domu. Ostatnio na dłużej byłam w domu w wakacje. Na całe 2 dni. Dzwonię też zbyt rzadko.
Nie wiem jak jest w Waszym przypadku, ale ja wychowywałam się z babcią. W zasadzie można powiedzieć, że wychowała mnie babcia. Dziadek był dla mnie jak ojciec, z racji tego, że wychowywałam się w rozbitej rodzinie. Wszystko, co potrafię nauczyła mnie babcia. To ona nauczyła mnie co jest dobre a co złe, że najgorsza prawda jest lepsza niż najsłodsze kłamstwo. To ona nauczyła mnie gotować. Wszystkie staropolskie potrawy, jak bigos, gołąbki umiem zrobić tylko dzięki niej. Ona nauczyła mnie piec ciasta. Ona sprawiła, że pokochałam filmy kostiumowe takie jak Lalka, Ogniem i mieczem, Przeminęło z wiatrem. Ona nauczyła mnie robić przetwory, kisić ogórki i kapustę. Ona nauczyła mnie, że szanującej się kobiecie nie wypada nosić niektórych strojów, a czerwona szminka w połączeniu z perłami wygląda idealnie na wieczór. To ona nauczyła mnie, że każdy strój buduje się na dobrej torebce, butach i fryzurze, a reszta, nawet jeżeli będzie gorsza gatunkowo i tak zostanie niezauważona. To ona nauczyła mnie, że naturalne kosmetyki są lepsze niż wiele tych sklepowych z bardzo wysokiej półki. To ona nauczyła mnie szyć, cerować i korzystać z maszyny do szycia. To ona, mówiąc do mnie po rosyjsku przez większość czasu spędzanego z nią w domu, sprawiła, że pokochałam ten język. Mimo że sama nie miała łatwego życia i wspaniałego dzieciństwa sprawiła, że ja je miałam. To ona ukształtowała mnie taką jaka jestem. To ona ukształtowała mnie jako kobietę. Uwielbiam słuchać jej opowieści – o jej dzieciństwie, wojnie, życiu w Rosji, a potem o odbudowującej się Polsce.
A dziadek? Dziadek nauczył mnie jeździć na rowerze. To on chodził ze mną na sanki gdy byłam mała. To on chodził ze mną na szkolny dzień ojca gdy byłam w podstawówce. To on nauczył mnie dbać o ogródek, to on nauczył mnie przekopywać ziemię, to on zabierał mnie do wesołego miasteczka kiedy byłam mała.
Jestem bardzo podobna do babci i dziadka. Nie wyglądem, a charakterem. Mam pewne zachowania, które są kropka w kropkę przekopiowanymi zachowaniami dziadka i babci. Przed wyjściem sprawdzam 5 razy czy drzwi są zamknięte na klucz, zawsze mam przy sobie wielorazową torbę na zakupy, zawsze wrzucam drobne biednej osobie, która prosi o nie na ulicy, zawsze gdy ktoś prosi mnie o jedzenie dostanie je, zawsze kiedy idę spać chodzę po całym domu i sprawdzam, czy krany są zakręcone, czy kuchenka nie działa, czy drzwi są zamknięte, kiedy coś oglądam bawię się kciukami w ten sam sposób co babcia – to mam po babci. Za to kiedy idę na spacer chodzę w ten sam sposób co dziadek – z rękami założonymi z tyłu, jak dziadek uwielbiam spacery i dużo ruchu, jak dziadek siedzę na podłodze czytając gazetę i oglądając telewizor – moja babcia twierdzi, że siedzę nawet w tej samej pozycji co dziadek. Do tej pory zdarza mi się, kiedy mam zły humor i tęsknię za domem jeść ziemniaki i kotleta... łyżką, jak kiedyś dziadek. Po dziadku mam też jeszcze jedną dziwną naleciałość – lubię pić śmietanę... Nauczyłam się tego jako czterolatka, kiedy mój dziadek cierpiąc na zgagę wypijał śmietanę. Kiedyś były to jeszcze śmietany w szklanych butelkach...
To dość osobisty post, ale chciałabym Wam w ten sposób przypomnieć, że dziś Dzień Dziadka, a wczoraj był Dzień Babci. Nie wiem, czy w Waszym gronie są osoby, które zostały tak mocno ukształtowane przez dziadków jak ja, ale chciałabym przypomnieć Wam, że telefon do nich częściej niż raz w miesiącu nie wymaga poświęcenia dużej ilości czasu, a dla nich jest naprawdę ważny. Pamiętajcie o nich, bo jeden telefon może sprawić, że staruszkowie będą uśmiechać się do siebie jeszcze przez kilka dni :)

niedziela, stycznia 20

Żyć jak singielka?

Singielką nie jestem od bardzo dawna - w niektórych kręgach zwykło się nawet mawiać, że jestem mężatką, chociaż nie mam na palcu obrączki. Ja również lubię o sobie myśleć jako o mężatce, mimo że jeszcze kilka lat temu nie uważałam, żeby słowo "mąż" miało w moim osobistym słowniku wyrazów ważnych jakiekolwiek znaczenie - do tego po prostu trzeba dojrzeć. W swoim związku jestem szczęśliwa, bo wiem, że mam przy sobie kogoś, kto będzie przy mnie zawsze i nie ucieknie gdzie pieprz rośnie jak tylko na horyzoncie pojawi się problem. Singiel to jednak w pewnym sensie stan umysłu. Nie mam tu na myśli oczywiście zdrad, których osobiście nie polecam nikomu, bez względu na to, czy w związku wieje nudą, czy źle się układa. Mam na myśli zupełnie coś innego.
Jest niedziela wieczorem, a ja siedzę w domu jedynie z kotem. Mój -choć nieoficjalnie, to jednak - mąż spędza dzisiejszy dzień na... uczelni ze znajomymi tworząc projekt zaliczeniowy. Widzimy się dopiero jutro, ponieważ, by nie marnować czasu, dziś nocuje u kolegi mieszkającego skrzyżowanie od ich wydziału. Wczoraj wrócił po 22 - spotykał się ze swoimi kolegami w totalnie męskim towarzystwie. I nie mam z tym najmniejszego problemu.
Mam za to kilka bliższych i dalszych znajomych, które nie wyobrażają sobie spędzenia wolnego czasu bez swojego partnera, a o spaniu poza domem w ogóle nie ma mowy.
W moim przypadku jest jednak inaczej - wczorajszy dzień spędziłam nadrabiając kinowe i czytelnicze zaległości, a dziś, po tygodniu pełnym napięcia zafundowałam sobie długą i relaksującą kąpiel przy świecach, a potem spotkałam się z przyjaciółką - wypiłyśmy kieliszek wina i poplotkowałyśmy. Dzięki temu rozładowałyśmy emocje z minionego tygodnia. W planach mam jeszcze lekką sałatkę na kolację - co przy moim mężu byłoby niemożliwe ( "Kochanie, a gdzie mięso w tej kolacji?"), dodający energii prysznic i naukę na jutrzejsze kolokwium. A jutro - poranne ćwiczenia w salonie, zaraz przed wyjściem na uczelnię! Brzmi jak dobry początek tygodnia według Carrie Bradshaw.
Ale podobnie wyglądają wieczory mojego męża kiedy nie ma mnie w mieście - aktualizuje swoją stronę internetową, ogląda mecze z piwem i orzeszkami i w męskim gonie gra na Playstation. Dla nas normalnym jest spędzać czas osobno. Tradycyjne małżeństwa, gdzie ludzie postanawiają zostać w domu i zjeść razem każdego dnia - mimo, iż osobiście uważam to za urocze - sprawiłyby, że czułabym się jak więzień.
Nie wiem jak postrzegacie ten 'typ' małżeństwa Wy, ale bycie rozsądnym egoistą w związku jest dobre. Oczywiście, że gdy druga osoba jest chora, bądź ma problem, nasze osobiste plany stają się nieważne i pomoc tej drugiej osobie jest najważniejsza. Jednak po co miałabym słuchać filmów dotyczących obozów koncentracyjnych, jakie w Polsce powstały za czasów Hitlera (co jest hobby mojego męża) i po co on miałby oglądać ze mną youtubowe filmiki o kosmetykach czy słuchać biologicznych żartów moich znajomych, które jak już nie raz się przekonałam, śmieszą tylko nas - biologów? Oczywiście mamy także czas przeznaczony tylko dla siebie, kiedy wylegujemy się w łóżku całymi dniami i oglądamy seriale albo gotujemy, ale czas spędzony osobno jest nam niesamowicie potrzebny. Często zdarza się, że będąc jednocześnie w naszym mieszkaniu, nie zauważamy siebie nawzajem. Ja spędzam czas w swoim gabinecie pracując nad pracą na kolejne sympozjum, a on - projektując strony internetowe czy strugając coś w drewnie. Kiedy spędzamy czas razem, jest to czas jedynie dla nas - dzięki temu, że nie poświęcamy własnego hobby i czasu dla siebie by spędzać każdą wolną chwilę razem, nie jesteśmy sfrustrowani.
Nie ma nic gorszego niż życie u boku pełnej żalu i frustracji osoby, przez którą my też zmniejszamy swoje ambicje i hamujemy swoje możliwości. To prowadzi tylko do nakręcającej się w różnym tempie spirali nienawiści, która może sprawić, że kiedyś obudzimy się z ręką w nocniku i będziemy się zastanawiać dlaczego jeszcze kilka lat temu, gdy dało się coś zrobić nie zaczęliśmy działać? Moim zdaniem zdrowy egoizm nas obojga sprawia, że czujemy się zrealizowani i zadowoleni, a to przekłada się na atmosferę w związku.


sobota, stycznia 19

Część druga "Tygodnia z życia"?

Nie, nie zapomniałam o Was. Obowiązki mnie przytłoczyły do tego stopnia, że całą środę spędziłam... w łóżku, z bardzo złym nastrojem i niechęcią do wszystkiego. Chandra na szczęście minęła i w rezultacie następnego dnia musiałam zrobić dwa razy więcej.
Niestety styczeń mija zdecydowanie za szybko. Mam wrażenie, że wczoraj witałam Nowy Rok i jestem nieprzygotowana psychicznie na sesję i to mnie niesamowicie stresuje! Dodatkowo mam średnio po 2-3 egzaminy dziennie, nie licząc oczywiście zaliczeń ćwiczeń. Naprawdę dziękuję Opatrzności, że mam urlop. Nie wiem dlaczego, ale czuję, jakby moja organizacja gdzieś umknęła. Podobnie jest z moją weną - miałam w planach kilka postów o różnej tematyce w poprzednim tygodniu, ale za każdym razem, kiedy zabierałam się za pisanie - totalnie nie miałam pomysłu ani jak zacząć, ani co dokładnie chciałabym Wam przekazać. To, co publikuję na blogu jest dla mnie ważne i staram się, by wszystko, co czytacie było jak najbardziej dopieszczone, więc nie chcę wrzucać tutaj postów pisanych byle jak, między nauką anatomii a biochemii.
Ponieważ nie wiem, jak dużo będę miała czasu na pisanie o głębszych przemyśleniach, pomyślałam, by po raz kolejny przeprowadzić tutaj projekt "Tydzień z życia", ale z drugiej strony zastanawiam się, czy nie macie tego już nieco dość...

Dajcie znać czy macie ochotę na kolejną odsłonę "Tygodnia ...".



poniedziałek, stycznia 14

Zjedz żabę!

Dzisiaj chciałabym napisać Wam o czymś, o czym słyszałam już dawno temu, ale dopiero dzisiaj uświadomiłam sobie, że powinnam zacząć wprowadzać to w życie. Zainspirowana wpisem Ani z bloga Ania maluje postanowiłam nazwać miesiąc styczeń miesiącem zjadania żab.
Nie mam tu na myśli kuchni francuskiej, z resztą moi znajomi śmieją się, że żaba to chyba jedno z nielicznych dań, których nie wzięłabym do ust. W sumie mają rację - sama kiedyś stwierdziłam, że nie mam zamiaru jeść tego, co preparuję i na czym ćwiczę na zajęciach, a żaba jest jednym ze zwierząt, z którymi miałam przyjemność współpracować podczas swoich studiów.
Mianowicie stwierdzenie "zjedz żabę" oznacza zrobienie trudnej rzeczy, za którą nie możemy się zabrać przez dłuższy czas, od razu.
W zeszłym tygodniu opisywałam Wam swój tydzień. Zrobiłam dużo, ale były to rzeczy, których potrzebowałam na bieżąco. Nie zamknęłam w tym czasie ani jednej sprawy, która ciąży nade mną od dłuższego czasu. Nie zjadłam ani jednej żaby.
Założę się, że każdy z nas ma kilka żab, które nie chcą przejść przez gardło. Sama mam ich kilkanaście. Z tego powodu często czuję się nieporadna. Ale postanowiłam, że nie będzie tak więcej. W styczniu mam więc zamiar zjeść wszystkie żaby. Na pierwszy ogień pójdzie dokończenie pozwu i złożenie go do sądu, bo jest to rzecz, która ciąży nade mną najdłużej.
Następne w kolejce będzie zrobienie zaległych notatek z wszystkich przedmiotów i zaliczenie kilku przedmiotów, za które nie mogłam się zabrać w grudniu. Pod koniec miesiąca powiem Wam, jak poszło zjadanie moich żab. Kto je ze mną?


niedziela, stycznia 13

Tydzień z życia - podsumowanie.

 Pisanie codziennie o swoim tygodniu było swego rodzaju... eksperymentem. Chciałam zobaczyć, czy uda mi się wywiązać z obietnicy i jak wiele uda mi się zrobić w tym tygodniu. Chciałam mieć to wszystko zapisane, żeby móc sprawdzić swoją efektywność. Zastanawiałam się także, jak Wy na to zareagujecie, w końcu to blog o tematyce rozwojowej, nie lifestylowej. 
Jakie są moje przemyślenia po tym tygodniu?
Zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo jestem efektywna. Plan był taki - żyć dalej jak dotychczas i zobaczyć jak wiele mi się uda. I powiem Wam, sama nie myślałam, że uda się aż tyle. Blog częściowo pomógł mi, bo motywował mnie do zrobienia niektórych rzeczy. Mam w planach powtarzać te 'tygodnie z życia' co jakiś czas. Ale na razie możecie odetchnąć - w najbliższym czasie mam zamiar nadrobić artykuły na temat samorozwoju, organizacji pracy, szybkiej nauki i motywacji. Nie będzie mnie tutaj aż tak dużo jak w ostatnim tygodniu, ale artykuły, które planuję dla Was napisać wymagają sporego nakładu pracy w przeciwieństwie do spisywania tego, co działo się danego dnia.


Udało się:
  • Napisane 3 kolokwia
  • 30 godzin spędzonych na nauce
  • małe zakupy ubraniowe
  • wypracowałam poranne i wieczorne nawyki

Nie udało się:
  • załatwić jednej sprawy urzędowej
  • ćwiczenia - zdecydowanie olałam je w tym tygodniu, a to źle, bo moje ciało zaczyna marudzić

W weekend przede mną:
zakupy, pranie, prasowanie i sprzątanie, czyli to, na co totalnie nie zwracałam uwagi w tym tygodniu, a także nauka - w poniedziałek przede mną 2 kolokwia, a wtorek wcale nie jest lepszy.

W kolejnym tygodniu przede mną:
  • 11 kolokwiów
  • 4 zaliczenia ćwiczeń
  • 4 zaległe kartkówki
  • oddanie zeszytu z rysunkami z anatomii
Co mam w planach teraz?
Wyspać się. A chwilę później realizować kolejne punkty planu. W praktyce - zamierzam wstać jak najwcześniej, zebrać się i usiąść do nauki. W południe zakupy, potem korki z matmy, a po powrocie do domu pranie, sprzątanie, prasowanie i dalsza nauka. Nie wiem, czy uda mi się pospać chociaż godzinę.





sobota, stycznia 12

Dzień z życia - piątek, marnego weekendu początek

8.00 - jestem w połowie drogi na zajęcia. Mój kalendarz mnie przeraża. Znajomi w środę chcą zrobić parapetówkę. W środę! Kto normalny robi w środę parapetówki?!
8.35 - skąd tu tyle małych kawiarenek? Przechodzę tędy od pół roku co tydzień i do tej pory ich nie widziałam. Albo nie zwróciłam uwagi. Możliwa jest jeszcze trzecia opcja - fatamorgana, bo mój organizm naprawdę domaga się kawy, a w zasadzie nie tyle kawy co kofeiny.
8.45 - Ha! Dorwałam kawę w jednej z kawiarenek. To jednak nie fatamorgana.
9.00 - Wykładzik. Nudny jak nie wiem, ale co tydzień jest lista, no i facet naprawdę pamięta twarze, więc lepiej chodzić i się pokazywać w razie czego. Staram się słuchać. Ale tylko 10 minut, bo wyklad jest naprawdę nudny. Jedyna ciekawa rzecz? Wspomnienie w ramach dygresji o plemieniu Mohawk, którego członkowie od urodzenia są pozbawieni lęku wysokości, co obudziło we mnie antropologa. Niestety o plemieniu Mohawk było na tyle.
11.45 - zerwałam się z wykładu szybciej, bo muszę zdążyć na koło z biochemii. Teraz zaczyna się wyścig - z autobusami, tramwajami i czasem. Na szczęście udaje mi się dotrzeć na czas.
15.00 - koło było średnie. Niby nie trudne, odpowiedziałam na połowę pytań. Oczywiście musiałam, swoim standardowym szczęściem trafić na najtrudniejszy zestaw. Ale trudno.
15.30 - wreszcie w domu. Jem, ogladam głupawy film i idę spać.
17.15 - budzę się, ale nie mam siły się podnieść. Dobra, mam ale mi się nie chce.
17.30 - kąpiel przed nauką.
18.15 - czysta i pachnąca siadam do chemii.
22.00 - dzwoni Grzesiek, chce jechać na małe szybkie zakupy. No dobra, szykuję się, jedziemy.
23.00- kupiłam kilka podstawowych produktów, na wielkie zakupy nie było czasu.
24.00 - jeszcze godzinkę i spać. Panie, jak dobrze, że kolokwium jest po południu a nie z samego rana! Marzę żeby przy łożyć głowę do poduszki i zasnąć. To takie przyjemne uczucie.





piątek, stycznia 11

Tydzień z życia - czwartek, czyli bezsenność kontrolowana.

Znów 5.30. Dziwne, nawet jestem wyspana. Obejdzie się bez kawy. Poranna toaleta, makijaż w 10 minut i śniadanie. Płatki z mlekiem - najprościej i najszybciej.
6.20 - ubieram czarny golf, dżinsy i futrzaną kamizelkę. Pakuję laptopa do torby - dziś też czas na notatki w bibliotece - sesja za pasem.
6.30 - G. wstał. Jak ja zazdroszczę mężczyznom, mogą wstać pół godziny przed wyjściem i są gotowi. Kurcze, zapomniałam, że dziś jedziemy samochodem, wstałam za wcześnie. Kładę się jeszcze na chwilę i każę się obudzić przed wyjściem.
7.25 - jedziemy razem na uczelnie. G. wysadza mnie pod moją uczelnią, żegnamy się i jedzie na swoje zajęcia.
10.20 - koniec zajęć. Biegnę do biblioteki.
14.00 - Dość fizyki na dziś. Przynajmniej w tym momencie. W domu jest jeszcze spaghetti z wczoraj. Nie muszę gotować!
15.15 - Po raz kolejny w galerii. Dlaczego tu jest ZAWSZE tyle ludzi?! Udaje mi się kupić kilka fajnych i przydatnych rzeczy - głównie klasyki, które każda z nas powinna mieć w szafie - z listy, którą zrobiłam kilka dni temu.
15.45 - Jem, oglądam program Cejrowskiego (Boże, gdyby każdy wykładowca potrafił opowiadać tak jak on nauka byłaby przyjemnością!
16.30 - Zaglądam do kalendarza i jeży mi się włos na głowie. Piątek - kolokwium, sobota - kolokwium, poniedziałek - 3 kolokwia, wtorek - kolokwium + ćwiczenia + odpowiedź ustna, środa - zaliczenie dwóch przedmiotów + ćwiczenia + poprawa 2 kolokwiów z matmy, czwartek - ćwiczenia, egzamin, zaliczenie, piątek - kolokwium, ćwiczenia, odpowiedź ustna. I tak przez 3 tygodnie. Kiedy ja się tego wszystkiego nauczę? Weekend jest zbyt krótki, jeszcze to kolokwium w sobotę.
Trzeba umówić się na inny termin czwartkowego egzaminu, albo chociaż na późniejszą godzinę, koniecznie - odbywa się w trakcie ćwiczeń, nie jestem w stanie na niego pójść. Cholera, a gdzie czas na zajęcie się domem?
17.00 - biochemia wzywa i już wiem, że dzisiejszej nocy nie będzie dane mi spać. Strayer to najbardziej kanciasty facet jaki był w moim łóżku - zdecydowanie.
21.00 - mózg zaraz mi wybuchnie. Istota szara już dawno poszła stać, neurony zaczynają strajk i grożą, że nie będą przesyłać więcej impulsów, więc negocjujemy. Pół godziny przerwy, energetyk i coś słodkiego? Nie, ich postulaty przewidują dłuższą przerwę, spacer i porządny posiłek. Ponieważ zakupy planowałam na sobotnie popołudnie w lodówce nie mam zbyt wiele by szybko wyczarować jakieś jedzenie. Mam ogromną ochotę na sałatkę grecką. Ratuje nas Tesco, otwarte do północy. Jedziemy, kupujemy wszystko, czego nam potrzeba, wracamy. Udaje mi się jeszcze chwilę przespacerować.
22.00 - jedzenie, głupi serial na którym nie trzeba myśleć i jestem jak nowo narodzona.Czas wracać do nauki.
04.00 - nie mam już siły. Mózg mi się zlansował. Niby wszystko umiem, bo to przecież logiczne, ale ciągle się boję, że o czymś zapomnę. Idę wziąć kąpiel, a potem przygotować się do dzisiejszego dnia.
06.00 - jestem gotowa, wyglądam (szkoda że tylko wyglądam) na wypoczętą, zjadłam śniadanie i wypiłam 2 kawy. Mój dzień trwa zdecydowanie zbyt długo. Po powrocie z koła zarządzam spanie przez 3 godziny, a potem naukę do sobotniego kolokwium (kolokwium w sobotę na dziennych - kto to widział!)


czwartek, stycznia 10

Tydzień z życia - środa

Boże, znowu 5.30. Przecież 10 minut temu zasnęłam! Takie przynajmniej mam wrażenie. Moja druga myśl brzmi - Kawy! Idę więc nastawić ekspres.
Poranna toaleta, lekki makijaż - Panie, dziękuję Ci za wynalezienie korektora pod oczy i różu do policzków!

6.15 - śniadanie. Dziś na szybko - koktajl z banana, kiwi i mrożonych truskawek. I odrobiny mleka. Gdzieś tu były batoniki... Przecież muszą tu być, nie mam czasu na robienie kanapek! Uf, jest.
6.30 - Ubieram się w szarą spódnicę, czarny golf i kozaki na płaskim obcasie. Nie mam siły na chodzenie w obcasach.
Wchodzę do łazienki i przypominam sobie ile rzeczy trzeba dziś zrobić. Kuweta kota, kurde, bęben pralki nie pachnie zachęcająco, jak wrócę to umyję, bo pranie będzie śmierdziało. Śmieci - wezmę teraz, jedno mniej. Wieczorem przydałoby się zrobić maseczkę, bo moja twarz jest w okropnym stanie. Jeśli starczy mi czasu, to przydałoby się zrobić małą rundkę po sklepach - muszę zrobić zakupy w Rossmannie, a po wyczyszczeniu szafy przed świętami okazuje się, że potrzebuję kilku ubrań.
Dobra, jeszcze 15 minut do wyjścia, przygotuję sobie wszystko do prasowania. Zanoszę do pokoju deskę i żelazko, przynoszę ubrania. Kurde, trzeba odmrozić mięso, bo obiad będzie później! Co się ze mną dzieje, przecież nigdy nie byłam tak niezorganizowana!
Dobra, trzeba napisać G. kartkę, co musi zrobić, bo zapomni. Kuweta - jego zadanie. Odmrozić mięso - też jego. Zakupy - zrobię wracając, bo znowu nie kupi wszystkiego, a nie mam czasu zrobić listy. Pozmywać - zdąży. Umyć łazienkę - zrobię to wieczorem, bo on robi to niedokładnie. Za to odkurzanie i ścieranie kurzy - dla niego.

7.10 - łapię za worek ze śmieciami i wybiegam.
7.20 - autobus. O i nawet jest miejsce siedzące! Słuchawki - i znów odpływam w krainę marzeń.
7.45 - No, jeszcze sporo czasu, zdążę.
10.20 - No, już po zajęciach. Czas do biblioteki. Co ja miałam w głowie myśląc, ze wypożyczę jedną z najpopularniejszych książek do fizyki pod koniec października? Teraz mam karę - siedzę robię notatki w wyziębionej bibliotece zamiast w domu. Trudno, dobrze że chociaż na laptopie a nie ręcznie, jak 20 lat temu.
11.30 - za pół godziny jestem umówiona z przyjaciółką, a nie zrobiłam jeszcze notatek z tylu rozdziałów z ilu planowałam. 15 stron - nie zdążę na spotkanie. Dobra, idę do ksero, dokończę w domu.
11.45 - w drodze do ksero spotkałam tego fajnego laboranta. Pogadaliśmy chwilę, pożartowaliśmy, ale Pani w ksero zdecydowanie zbyt szybko kseruje, więc mój flirt trwał może 10 minut? Przestań! Co Ci przyszło do głowy żeby flirtować z laborantem? Masz faceta! Ale z drugiej strony, to tylko flirt...
12.15 - spóźniłam się. Ale na szczęście nie jest zła!
15.30 - Dobra, czas na chwilę buszowania po sklepach. Zauważyłam kilka rzeczy, które mi się podobają i są w promocyjnej cenie, ale robię im tylko zdjęcia i mam zamiar przemyśleć ich zakup do jutra - nie chcę kupować nic, co nie będzie mi przydatne - to jedno z moich postanowień na najbliższy rok.
17.00 - jak dobrze być w domu przed 18... Rozbieram się i myślę o wstawieniu prania. Przypominam sobie o umyciu bębna i robię to od razu, a potem wstawiam pranie. Dobra, sprawdźmy czy G zrobił o co prosiłam. Podłogi odkurzone, mięso wyjęte, pozmywane, kuweta zrobiona. Super! O pokroił cebulę, czosnek i pomidory! Super! Zrobienie spaghetti zajmuje mi pół godziny.
Kurde, lakier mi odprysł! Ale w sumie... Wypróbuję ten nowy kolor :)
18.00 - jem i oglądam Chirurgów.
18.30 - dobra, czas na prasowanie. A w trakcie obejrzę kilka zaległych filmików na Youtube. O wrócił G. - ma sporo do zrobienia, to dobrze, sama też nie mam zamiaru się nudzić.
19.30 - Uf, skończyłam. Kawy! Chwila przerwy na rozmowę z G. i powrót do zajęć.
20.00 - Dobra, nauko! Czas na Ciebie!
22.00 - notatki skończone, pranie powieszone, łazienka umyta. Prysznic, (jak ja marzę o kąpieli z bąbelkami!) przygotowanie ubrań na jutro, nowy lakier na paznokcie, bo szybciej i spać!
23:00 - padam! Ale ta nowa książka tak mnie wciągnęła...


środa, stycznia 9

Tydzień z życia - wtorek

Nie do końca wiem, jak to się stało, że w ogóle udało mi się dzisiaj wstać. Mimo, że spałam prawie 5 godzin, co jest w moim przypadku niejako luksusem, to przez ilość przeżyć poprzedniego dnia jestem ledwo żywa. Ale dość narzekania, w końcu postanowiłam przeżyć idealny tydzień.
Pobudka o 5.30, kawa i śniadanie. Jajecznica z cebulą i boczkiem z kromką chleba z masłem i pomidorem. Dziś naprawdę potrzeba mi dodatkowych węglowodanów. Poranna toaleta, szybki makijaż. Och, nareszcie wyglądam jak człowiek, nie zombie. Kurde, trzeba wyprać pędzle, bo nie będę miała czym się jutro umalować - tak, muszę kupić jeszcze kilka pędzli do makijażu jak tylko będę miała jakąś nadprogramową gotówkę. Szybko ubieram się w przygotowany wczoraj zestaw - czarną spódnicę, czarną bluzeczkę i kozaki na płaskim obcasie. &*%$^! Zapomniałam! Ta bluzka ma przecież ogromny dekolt, a ja nie mam już czystego stanika, który nadaje się do tak dużego wycięcia, bo pranie robię dzisiaj... Trudno, biorę bardziej zabudowany stanik i biały top, co ratuje sytuację i nadal wygląda dobrze.
Sprawdzam czy mam wszystko czego mi potrzeba w torbie - portfel jest, notatki na zajęcia też. Wkładam jeszcze teczkę z dokumentami i sałatkę w plastikowym pojemniku. Koniecznie muszę kupić sobie jakąś pojemną torebkę - po wyrzuceniu dwóch starych torebek zostały mi tylko torebki, które albo są za małe, albo wyglądają jak bagaż podręczny. Patrzę szybko przez okno, żeby sprawdzić, czy nie potrzeba mi parasola. O słuchawki! Jak dobrze, że je zauważyłam, nie cierpię jeździć komunikacją miejską bez słuchawek. Dobra, idę wyprać te pędzle. Odkładam na biurku do wyschnięcia. O perfumy! Zapomniałabym!
Jeszcze sporo czasu, siadam więc do zadań na dzisiejsze ćwiczenia z chemii. Wczoraj nie miałam siły ich dokończyć.
O G. wreszcie wstał. Takiemu to dobrze, codziennie śpi do 8 i jeszcze narzeka, że zmęczony i przepracowany... Wstawiam kolejne pranie, sprzątam pokój i ścieram kurze.
Dobra, zbieram się, bo się spóźnię. Ale to nie ja się spóźniam, to autobus przyjeżdża całe 8 minut spóźniony. Jak to dobrze, jest miejsce siedzące. Zakładam słuchawki i odpływam w marzeniach. Załatwiam wszystko, co miałam w planach o jak przypuszczałam, mam jeszcze godzinę do rozpoczęcia zajęć. Idę więc na zakupy. Naprawdę nie wiem, dlaczego w Rossmannach wiecznie są tak ogromne kolejki. Irytują mnie inni klienci. Nie, nie mam nic przeciw innym ludziom, ale irytuje mnie typ klienta-turysty, który kręci się po sklepie na zasadzie "sam nie wiem czego chcę, ale muszę zrobić zakupy". Wyciągam swoją listę i szybko kupuję to, co mi potrzebne. Zachodzę jeszcze do delikatesów i kupuję kilka rzeczy, których brakuje mi w lodówce.

10.55 - czemu ja zawsze jestem za wcześnie?!
11.05 - dobra, wszyscy już są.
11.40 - Boże, jakie to seminarium jest nudne! Dlaczego powtarzamy rzeczy z liceum?! Dlaczego wykładowca jest tak nudny?! Dlaczego nie możemy ich mieć z tym fajnym gościem od laborek? Z nim nie byłoby nudno. A nawet jeśli by było, to zawsze jest na co popatrzeć... Dobra, Monika, przestań prowadzić w wyobraźni flirt z ćwiczeniowcem dla zabicia czasu. Notuj, bo potem znów będziesz molestować koleżanki na facebooku, bo twoje nie będą kompletne.
12.10 - nareszcie koniec udręk na nudnym seminarium. Za 10 minut ćwiczenia z tym fajnym laborantem :D
13.20 - dostałam 3 plusy, fajnie, opłaciło się siedzieć nad tym rano.

13.30 - Spotykam się z przyjaciółką i jedziemy do mnie. Rozmawiamy, gotujemy razem obiad i razem rozbieramy choinkę. Potem idziemy na spacer.

18.00 - Przyjaciółka pojechała do domu. G. będzie za 4 godziny. Biorę się za naukę.

22.00 - Dobra, nauka skończona. Wraca G. Jemy kolację. Spać spać spać spać! Kurde, przecież nie zmyłam makijażu. No to szybki prysznic.

23.30 - czuję się jak nowo narodzona. Senność odchodzi. Czytam, powtarzam materiał i przygotowuję się na kolejny ciężki dzień.



wtorek, stycznia 8

Tydzień z życia - poniedziałek, czyli jak być zmęczonym zaraz po weekendzie

Jeden dzień, tyle zadań. Pobudka o 5 rano, ogromna torebka, która mieści w sobie całe moje życie, automat biletów PKP, który obsługuję tylko dzięki pomocy uprzejmego pana z tyłu, prawie dwugodzinna podróż do innego miasta w celu załatwienia kilku prawno-prywatnych spraw, zjedzenie śniadania i przeczytanie ponad 200-stron książki w podróży, godzina spędzona w urzędzie, szybka kawa, dwugodzinny powrót, podczas którego jem coś na rodzaj drugiego śniadania, wykonuję kilka ważnych telefonów i uczę się do kolokwium. Po powrocie dwie godziny spędzone na zajęciach (jak dobrze, że nie było kartkówki), szybki bieg na drugą uczelnię(dzięki Bogu,że nie pomyślałam o ubraniu butów na obcasie!), bo trzeba zrobić ksero, wydrukować listy z matematyki i pójść do biblioteki, ale zanim to wszystko - trzeba napisać kolokwium. W międzyczasie kolejna kawa, tym razem już na spokojnie i w bardzo dobrym towarzystwie. Potem spotkanie z przyjaciółką i szybkie zakupy w Biedronce. Bieg na uczelnię mojego partnera po wydruk mega ważnych papierów, które muszę mieć 'na wczoraj' i które dosłownie 16 godzin wcześniej kończyłam pisać. Następnie obiad, pranie, szybki pobudzający prysznic i peeling ciała, żeby pobudzić krążenie, a dzięki temu się rozbudzić, trzy godziny nauki i kolejne pranie. Odkurzanie i zmywanie zostawiam na jutro, mam to w nosie, jestem zbyt zmęczona. Resztkami sił przygotowuję ubranie i pakuję torbę na jutro.
Jedyne o czym myślę pisząc do Was w tym momencie, to zastanawianie się czy dam radę jutro wstać na zajęcia i żyć. Mój dzień trwa dzisiaj zdecydowanie zbyt długo.






sobota, stycznia 5

Tydzień z życia zapracowanej kobiety - zapowiedź

Kolejny post z serii aktualizacyjno-powiadamiającej. Sześć godzin temu wróciłam do domu z pierwszych zajęć po przerwie świątecznej. Zaglądam na pewien społecznościowy portal i - dosłownie - nadmiar informacji mnie przytłacza. Oczywiście, zdawałam i nadal zdaję sobie sprawę z tego, że przez drugi kierunek nauki mam naprawdę dużo i właśnie reakcja mojego mózgu na ilość informacji o zaliczeniach zdziwiła mnie bardziej niż sama informacja o ilości. Dopiero po kilku godzinach minęło uczucie przytłoczenia. Przyszło za to podekscytowanie - w końcu zawsze lubiłam się uczyć i - wbrew pozorom wydajniej pracuję, kiedy mam dużo na głowie.
Kolejne dwa tygodnie będą niesamowicie intensywne i pracowite, ponieważ poza studiami i przygotowaniem do zbliżającej się sesji mam do załatwienia jeszcze kilka spraw urzędowych, których załatwienie wymaga między innymi podróży do innego miasta. Wiążą się one dla mnie także ze sporymi emocjami - nie zawsze pozytywnymi i z tym także muszę sobie poradzić. Do tego jeszcze prowadzenie domu i jak na złość - męska grypa. A nawet gorzej - męskie zapalenie oskrzeli - wszystkie kobiety, które to przeżyły wiedzą, co to oznacza.
Zastanawia mnie, jako pasjonata antropologii kulturowej, jak to jest, że mężczyzna - silny i dumny żywiciel i głowa rodziny, wynalazca koła i zdobywca, radzący sobie niegdyś z polowaniem na mamuty pod wpływem kilku bakterii gromadzących się w jego oskrzelach i powodujących reakcję samoobronną organizmu w postaci gorączki, nie jest w stanie ruszać się z łóżka, zachowuje się jak umierający i chce spisywać testament.





Wiele będzie się działo, dlatego od poniedziałku przez cały tydzień postanowiłam dzielić się z Wami tym, jak spędziłam dzień. Będzie sporo zdjęć, ale także krótka relacja z tego, co wydarzyło się danego dnia. Dostaję wiele maili z pytaniem, jak udaje mi się pogodzić to wszystko i mam nadzieję, że relacja z tygodnia przedstawi to lepiej niż suche wypisywanie sposobów na organizację. Dodatkowo, będzie motywować do dalszego działania tak samo, jak dzielenie się z Wami tym, co udało mi się wykonać, by sesja była mniej męcząca.

piątek, stycznia 4

Sposób na szybką motywację do nauki?

W poprzednim poście pokazałam Wam jak tworzyć plan nauki. Wszyscy jednak zdajemy sobie sprawę z tego, że planowanie to nie wszystko, bo gwarancją sukcesu jest motywacja, a tej do nauki nigdy nie mamy zbyt wiele. Dlatego postanowiłam, że przez okres sesji będę się z Wami dzielić tym, co udało mi się zrobić przez ostatnie dni. Będę starała się informować Was na bieżąco, ale nie obiecuję, że posty będą pojawiały się codziennie.





Dzięki temu, że 'spowiadam' się komuś z tego, co już zrobiłam, będę miała większą motywację, by usiąść przed książkami. Dlatego zaczynamy!
Was też zachęcam do dzielenia się w komentarzach tym, co udało Wam się do tej pory zrobić.
Do napisania!

czwartek, stycznia 3

Seria "Wydajniejsza nauka" - Jak przeżyć sesję i nie zwariować?


Z czym kojarzy Wam się sesja? Przypuszczam, że większość myśli o tej porze semestru akademickiego niezbyt ciepło, a uświadomienie sobie faktu, że po przerwie świątecznej do sesji zostanie większości z Was niecały miesiąc kończy się ciarkami na plecach. Ja również przez to przechodziłam, ale rok temu okazało się, że gdy ma się dobry plan, da się go przeżyć i zdać wszystko - no dobra, prawie wszystko - w pierwszych terminach.
W tym roku, niestety dla mnie, dochodzi dodatkowa trudność - mianowicie, druga sesja. Większość z Was pomyśli - logiczne, dwa kierunki, dwie sesje. Ale ja uświadomiłam to sobie jakiś tydzień przed świętami. Dlatego w tym roku dobry plan jest dla mnie szczególnie ważny. Plan nauki to jednak nie wszystko, dlatego zanim przejdę do planu, mam dla Was kilka rad, dzięki którym życie codzienne w sesji staje się łatwiejsze.

Po pierwsze -  posprzątaj mieszkanie. Mam tu na myśli poświęcenie jednego lub dwóch dni na generalne porządki - umycie kafelek w łazience, posprzątanie szafy itp. Dlaczego to takie ważne? Dobrze wiem, że czasami w czasie sesji zapominamy o sprzątaniu na 2 czy 3 tygodnie. Pusty zlew wolniej napełnia się naczyniami, a kuchenka nie zachęca do zajęcia się sprzątaniem jej zamiast nauki mikroekonomii. To takie 2 w 1 - mamy czyste mieszkanie, a jednocześnie usuwamy z naszej drogi jedno zadanie, dzięki któremu tak łatwo odkładamy naukę 'na później'.

Po drugie - wybierz się na duże zakupy. Kup zapas wody mineralnej, energetyków, kawy, papieru do drukarki, tonerów, zakreślaczy i innych potrzebnych w czasie sesji rzeczy. Polecam stworzenie listy zakupów przed wyjściem z domu - uwzględnij w niej rzeczy, które będą Ci potrzebne do przyrządzania szybkich i smacznych potraw - polecam fasolkę po bretońsku, spaghetti i gołąbki - wszystkie te potrawy robi się w nie więcej niż 40 minut, a po przełożeniu ich do plastikowych pojemników możemy mieć obiad na dwa kolejne dni.

Po trzecie -zestaw witamin bardzo się przyda, zwłaszcza w tym okresie, kiedy łatwo o przeziębienie, a my nie mamy zbyt dużo czasu na dbanie o siebie.

Po czwarte - zrób listę potrzebnych do nauki książek, artykułów z gazet, brakujących notatek. Idź do biblioteki i skseruj wszystkie potrzebne materiały. Teraz jest też najlepszy czas na skserowanie brakujących notatek od znajomych - lepiej mieć wszystkie notatki i książki pod ręką, kiedy przyjdzie czas na naukę.

Po piąte - polecam zakupy z dowozem do domu. Korzystam z nich bardzo często, nie tylko w okresie sesji, ale także kiedy jestem bardzo zapracowana. Mogę szczerze polecić np. http://www.auchandirect.pl/ - tanio, przewóz nie jest płatny od pewnej kwoty.

Co dalej? Plan nauki - najważniejsza część całych przygotowań do sesji. Stworzenie go nie trwa pięć minut - jest czasochłonne, to prawda. Zachęcam jednak do spędzenia nad nim dłuższej chwili - w końcu mamy rozplanowaną całą naukę do sesji dzień po dniu, krok po kroku. Zanim więc rozpoczniesz tworzenie planu przygotuj sobie odpowiednie miejsce. Zjedz coś, skorzystaj z toalety, wyłącz na chwilę telefon i wszelkie strony internetowe. Zaparz ulubioną herbatę. Przed Tobą powinny znajdować się jedynie kartki papieru i ulubiony długopis.

Krok pierwszy w stworzeniu planu polega na spisaniu listy wszystkich przedmiotów, które masz w tym momencie do zaliczenia.
Weź kartkę A4 i zapisz na niej wszystkie przedmioty jakie realizujesz. Jeżeli tak jak ja, studiujesz dwa kierunki weź dwie kartki - na każdej z nich napisz w nagłówku kierunek studiów. Jeżeli masz dodatkowo kursy językowe czy warsztaty rozwojowe nie zapomnij ich tam umieścić.




Krok drugi - potraktuj każdy realizowany przez Ciebie przedmiot czy kurs jako projekt do zrealizowania i zapisz, jakie kroki musisz podjąć, by ukończyć projekt.
Weź kolejną kartkę i pod nazwą każdego przedmiotu zrób listę tego, co musisz zrobić, by zaliczyć dany przedmiot. Jeżeli studiujesz dwa kierunki zrób osobną listę zadań dla każdego z nich.





Krok trzeci - określ ile czasu zajmie Ci każde z zadań, ale bądź realistą. Nie zaniżaj czasu, który będzie Ci potrzebny do opanowania materiału. Ten krok pomoże Ci w późniejszym etapie. Ja swoje zadania określam podając czas w godzinach. To bardziej obrazowe i łatwiej później podzielić te zadania na mniejsze.

Krok czwarty - weź kalendarz lub, jeżeli masz ochotę, stwórz, tak jak ja, własny. Weź kilka kartek papieru, sklej je taśmą klejącą i zrób tyle okienek, ile dni zostało Ci do końca sesji. To lepiej zobrazuje ile czasu Ci zostało i zmotywuje do działań.
A teraz rozsądnie wypełnij kalendarz. Podziel zadania, które wypisałeś realizując punkt drugi, na konkretne dni. Zrób to rozsądnie, ale precyzuj zadania. Nie pisz "Pouczyć się anatomii", tylko "Nauka anatomii - 2h". W ten sposób łatwiej określisz ile czasu masz spędzić na nauce danego przedmiotu i łatwiej będzie Ci się zmotywować do nauki. A jeżeli posiedzisz nad tym przedmiotem dłużej nic się nie stanie :)

















A tutaj możecie zobaczyć już gotowy plan jaki zrobiłam dla siebie. Przepraszam Was za jakość, ale niestety mam jakiś problem z aparatem. Niedługo wstawię tutaj obraz w lepszej jakości.






Moim zdaniem plany nauki działają i są bardzo przydatne. Korzystałam z nich w czasie poprzednich dwóch sesji i zauważyłam rezultaty. Wstając rano, pierwszą rzeczą, którą robiłam, było sprawdzenie, czego dziś się uczę i zapisanie na mniejszej karteczce, którą kładłam na biurku, co mam do zrobienia. Następnie, przed wyjściem na uczelnię, zakupy czy do biblioteki szykowałam wszystkie rzeczy, które będą mi potrzebne po powrocie. To oszczędzało mi przede wszystkim nerwowego zastanawiania się, od czego mam zacząć, gdy nauki było wiele, a czasu mało. Jedyne co mi pozostawało - i pozostaje teraz, po zrobieniu tegorocznego planu - to skupić się na przyswajaniu wiedzy.